Informacje i regulamin bloga:

REGULAMIN!!!

1. Nie akceptuję wulgaryzmów w komentarzach, jeśli ktoś chciałby coś mi powiedzieć, podany jest numer Gadu-Gadu, oraz Gmail.

2. To samo sądzę o reklamowaniu się w komentarzach, poprzez wstawianie linków do swoich blogów lub innych stron (typu fora, serwisy, różnego rodzaju swoje konta [DeviantArt, YouTube] itp. ). Możesz robić to jedynie w wiadomościach prywatnych.

3. Jeśli już masz zamiar dodać komentarz, pisz na temat. Nie będę tolerowała tekstów, które mówią, że blog jest nudny i nie ma sensu go czytać. W takich sprawach dyskutować będę jedynie w wiadomościach prywatnych, ale na blogu ma panować spokój. Nie chcesz czytać, nie czytaj, proste, prawda?

4. Blog jest po to, aby czytać i ewentualnie komentować, a nie rządzić na nim, od tego jest autorka. Jeśli treść się nie podoba, wyłącz. Na pewno nie będzie akceptowane wymuszanie przygód, jakie bohaterowie tu przeżywają, jak i tego, kto będzie głównym bohaterem historii! O tym, ile razy ktoś będzie występował, i czy w ogóle będzie, decyduję ja!

Uwaga! Użytkownicy nie stosujący się do regulaminu będą od razu blokowani! Nie będę dawała ostrzeżeń, nie mam zamiaru bawić się z Wami w teksty " zapomniałam/em o tym" !

czwartek, 19 grudnia 2013

Część II Rozdział I -Wprowadzenie

Ciepłe, jasne promienie słońca mocno oświetlały dokładnie całe miasto. Padały delikatnie na moją twarz, ogrzewając przy tym delikatnie moją bladą skórę. Wpatrywałem się prosto przed siebie. Przed oczami miałem wiele wysokich budynków, a tuż za nimi wielki obszar pokryty wodami oceanicznymi. Delikatny, prawie niewyczuwalny wiatr muskał moje ciało i rozwiewał dłuższe już włosy. Moje oczy schowane pod ciemnymi okularami zwróciły się po chwili w bok, gdzie zobaczyłem tuż po tym chłopaka o czarnych włosach, przysiadającego się do mnie. Zaledwie sekunda minęła, a moja głowa z powrotem zwrócona była ku miejskiemu krajobrazowi. W milczeniu oboje wpatrywaliśmy się przed siebie, głęboko zamyśleni, jakby w transie. W jednej chwili przed moimi oczami przemknęły wszystkie wspomnienia z przed tych dwóch lat. Zmieniło się nie tylko życie moje, ale i wszystkich moich najbliższych oraz przyjaciół, którzy przetrwali te zmiany wraz ze mną.
Od śmierci mego przyjaciela wszystko runęło, zawaliło się, po prostu legło w gruzach. Zmieniliśmy się nie tylko my, lecz całe Providence. Uległo to zmianie zaledwie trzy tygodnie po tym tragicznym i niewiarygodnie smutnym dla mnie wydarzeniu. Gdy tylko osoby mające największe wpływy w Providence dowiedziały się o tym, natychmiast zaczęli działać. Wtedy władzę tutaj przejęła kobieta nazywana Czarnym Rycerzem... Już sam jej pseudonim wskazywał na pewną różnicę między nią a Białym... Jak się później okazało, naprawdę jest zupełnym przeciwieństwem. Ta kobieta jest bezwzględna, okrutna, bezinteresowna... Obchodzi ją tylko to, co ma związek z jej zyskami. Nie jest to więc człowiek, którego potrzebuje organizacja zajmująca się chronieniem ludzi przed nanitami i E.V.O. Ustanowiła sposób badań mutacji poprzez rozszczepianie poszczególnych cząstek atomów. Krócej... Stworzenia te, a więc po prostu zwyczajni, niewinni ludzie lub zwierzęta pod wpływem poważnej mutacji zostali po prostu rozrywani. Nikt specjalnie się tym nie interesował, bo w końcu póki agenci sami na tym nie tracili, to wszystko było w jak najlepszym porządku. Niesamowicie mnie to irytowało. Ja i Rebecca nie daliśmy się jednak tym wszystkim omamić. Gdy nasze starania o zmianę tego nic nie dały, postanowiliśmy odejść. Tak też właśnie zrobiliśmy już po
połowie roku. Nie musieliśmy nawet namawiać Rexa. Poszedł z nami w pełni dobrowolnie.  Natomiast jeśli chodzi o jego starszego brata, wahał się, ponieważ Czarna mogła dać mu nowe możliwości w dziedzinie tego, co najbardziej kochał. Jednak jakimś cudem jest tutaj teraz razem z nami. Dlaczego? Nie, to żaden cud... Jednak nie przyczyniłem się do tego ani ja, ani Rebecca, czy nawet jego brat. Zawdzięczamy to mojej przyjaciółce, Piątej. To jej udało się nakłonić Caesara do tego, aby opuścił Providence i poszedł razem z nami. Bardzo dobrze się składa, bo teraz przydaje się każdy. Jeśli nie ma w pełni opanowanych umiejętności walki, to zna się świetnie na nauce i technologii, jak Caesara czy Rebecca. Obaj są w obecnej sytuacji bardzo potrzebni, z resztą jak my wszyscy tutaj.
Staliśmy się przez ciąg tych wręcz tragicznych, paskudnych wydarzeń zupełnie kimś innym, zupełnie innymi osobami. Wciąż mieliśmy za zadanie chronić ludzi przed zarazą nanitów, jednak już nie jako Providence, lecz zupełnie inna, odrębna od niej grupa. Nie mieliśmy już najmniejszego zamiaru tam powracać, mimo tego, że pewna tęsknota za tamtymi czasami wciąż gościła gdzieś tam, głęboko w naszych sercach. Nie wiadomo, czy kiedykolwiek się od niej uwolnimy.
 ***
Po krótkiej chwili z głębokiego zamyślenia wyrwał mnie głos nastolatka.
-Szósty, jak myślisz... Damy sobie radę? -spytał nerwowym głosem, spoglądając w moją stronę. Ja nie odwróciłem wzroku, wpatrywałem się wciąż przed siebie. Przez chwilę milczałem. Po kilku sekundach zdecydowałem się jednak odezwać.
-Musimy... Nie mamy innego wyjścia... -odpowiedziałem krótko, cicho wzdychając. Rex natychmiast spuścił wzrok. Bardzo pragnąłem naszego zwycięstwa w tej sytuacji. Od tamtego czasu walczyliśmy z Providence i rywalizowaliśmy. Kiedyś to słowo określało nasz dom... Miejsce, w którym wszyscy czuliśmy się bezpiecznie.
Wstałem po niedługiej chwili i spojrzałem na chłopaka.
-Idziesz? -spytałem z delikatnym uśmiechem na twarzy. -nie warto się tym tak zadręczać. W ten sposób na pewno nie wygramy. Chodź... Zobaczymy, czy nie ma nic do roboty, a później ewentualnie możemy wyjść gdzieś na miasto. -on również uśmiechnął się do mnie delikatnie po czym wstał. Oboje spojrzeliśmy jeszcze raz na miasto widoczne na jednym z wyższych budynków. Wolnym krokiem zeszliśmy na jedno z niższych pięter. Budynek, który obecnie zajmowaliśmy leżał na skraju miasta. Gdy tu przybyliśmy, był w nie najlepszym stanie, ale daliśmy radę wszystko naprawić i obecnie wygląda jak nowy. Mamy dla siebie duży, trzynasto-piętrowy wieżowiec, więc wcale nie jest tak źle. Nie było również trudności ze ściągnięciem komputerów i innych ważnych sprzętów. Czasem bardzo opłaca się mieć różne znajomości na całym świecie. Świetnie dajemy sobie radę. Nie narzekamy, bo nie ma na co, wszystko funkcjonuje tutaj tak jak należy. Wbrew wszelkim przekonaniom nie jesteśmy tutaj sami we czwórkę. Po naszym odejściu z Providence Piąta chciała wrócić do domu... tego prawdziwego. Tam, gdzie wcześniej mieszkała z pozostałymi, Czwartym, Dos'em i Trey'em. Caesar, jak i z resztą my wszyscy usiłowaliśmy ją przekonać, aby została z nami. Doszliśmy w końcu do porozumienia. Porozmawialiśmy z resztą, opowiedzieliśmy całą historię, wszystko co działo się przez ten czas. Trwało to długo i było bardzo ciężko, rozmawiając z takimi osobami, ale w końcu udało się. Zgodzili się do nas dołączyć. W końcu nie należeliśmy już do Providence. Nie musieli słuchać rozkazów Białego, ani nikogo innego. Byli tak samo wolni jak wcześniej, tylko zobowiązani, aby przynajmniej nam pomagać. Początku były ciężkie, ale szybko się w to wciągnęli i teraz wszyscy razem jesteśmy jedną, zgraną drużyną.
Opisałem już prawie wszystko, co działo się przez długi czas, wszelkie zmiany, jakie nastąpiły, ale zapomniałem o jednej, bardzo ważnej... Sam zmieniłem się nie do poznania. Nie chodzi tutaj o wygląd zewnętrzny, chociaż w nim też nastąpiły pewne zmiany. Odkąd nie pracuję w Providence, jestem całkiem inny. Nie ma już tych zasad, których musiałem obowiązkowo przestrzegać. Nie ma żadnych zakazów. Stałem się taki jak kiedyś... jednak chodzi o tę część pozytywną. Przestałem tak przejmować się zasadami. Byłem spokojniejszy i bardziej wyluzowany. Uśmiech pojawiał się na mojej twarzy zdecydowanie częściej, co bardzo cieszyło głównie Rebeccę i Rexa. Mi również nie przeszkadzała ta zmiana, cieszyłem się z tego. Dopiero wtedy zobaczyłem, co zrobiło ze mnie Providence. Zmieniło w posłusznego, poważnego, słuchającego każdego rozkazu pupilka. Gdybym sześć lat temu usłyszał, że w przyszłości taki będę, po prostu wyśmiał osobę, która mi to powiedziała. Teraz jednak wcale nie jest mi do śmiechu, gdy o tym myślę. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że to się skończyło. Gdyby teraz zobaczył mnie Biały, posłuchał i spędził ze mną parę dni, pomyślałby zapewne, że to kompletnie inna osoba w ciele jego przyjaciela.
 Od czasu odejścia z Providence byliśmy naprawdę szczęśliwi. Czuliśmy swobodę i wolność, a zwłaszcza ja. Od tamtego czasu często się śmiałem, cieszyłem z drobnych rzeczy. To było niesamowite.
Gdy znaleźliśmy się na jednym z niższych pięter, weszliśmy do obszernego pomieszczenia ze śnieżnobiałymi ścianami. To akurat bardzo przypominało mi dawne Providence. Co prawda nie cały budynek był tak wykończony, ale najważniejsze pomieszczenia doprowadziliśmy już do właściwego stanu.
W danym pokoju były dwa większe i kilka mniejszych komputerów. Podeszliśmy do jednego z nich, gdzie stała właśnie Rebecca.
-Hej. -rzuciłem na przywitanie i pocałowałem jej policzek, delikatnie się uśmiechając i obejmując ją ramieniem. Na jej twarzy również pojawił się szczery uśmiech.
-Zeszliście w końcu z tego dachu na ziemię. Co wy tam tyle czasu robicie? -spytała, spoglądając na moją twarz ciekawsko. Uniosła lekko jedną brew.
-No wiesz... w sumie to nic takiego. -wzruszyłem delikatnie ramionami. Ona tylko cicho westchnęła, po czym znów nachyliła się nad jakimiś papierami.
-Widziałeś gdzieś Piątą? Mam dla niej wyniki badań. -powiedziała cicho i spokojnie, wyciągając z teczki parę kartek.
-Nie... chyba poszła gdzieś z Caesarem... a znając ich, nie wrócą zbyt szybko. -zaśmiałem się cicho, a razem ze mną Rex. Holy tylko cicho mruknęła coś pod nosem i odłożyła papiery na bok.
-W porządku, ale jeśli ją gdzieś zobaczycie, każcie od razu przyjść do mnie. -powiedziała tylko krótko i zajęła się czymś innym.
-Rebecca... -znów się do niej zbliżyłem i objąłem w talii, stojąc za nią. -nie powinnaś tak ciężko pracować. To już nie Providence... możesz pozwolić sobie na odpoczynek w każdej chwili... a na razie i tak jest spokojnie, więc zdecydowanie powinnaś trochę odpuścić, Kochanie. -powiedziałem cicho, opierając podbródek o jej ramię.
-Nie martw się o mnie. Tylko to skończę i idę... chcę porozmawiać z Beverly. Pisała, że ma coś ważnego do omówienia. Jest też szansa, że tutaj przyjedzie. -wypowiadając ostatnie zdanie, spojrzała z delikatnym uśmiechem na Rexa. Ten wyraźnie się ucieszył, bo aż podskoczył, a na to ja się tylko zaśmiałem. Nic ciekawego nie działo się na mieście, nie było żadnej pracy, wyszliśmy więc z Rexem z pomieszczenia, dając Rebecce w spokoju skończyć swoją pracę.
-No to co robimy? -spytał nastolatek.
-Nie mam pojęcia, nic ciekawego się nie dzieje... zostaliśmy tutaj dzisiaj chyba tylko my we trójkę, pozostali wyszli. -przyznałem, wzdychając ciężko.
-Może tak krótka walka? -zaproponował, uśmiechając się.
-W porządku. Załatwię Cię jak ostatnio. -uśmiechnąłem się złośliwie i skierowałem szerokim korytarzem przed siebie.
-Tak, tak... chciałbyś! -ruszył od razu za mną. Szybkim krokiem poszliśmy w stronę schodów prowadzących na najniższe piętro. Idąc tak, co chwilę spoglądałem na Rexa. Z szerokim uśmiechem kroczył tuż obok mnie. Był mi bardzo bliski, więc jego uśmiech dawał szczęście również mnie.



No witam... w pierwszym poście tutaj od... o Matko, chyba maja. A więc nie jest to długa notka, ale na początek w sam raz. Można to potraktować jako krótkie wprowadzenie do "kontynuacji" historii. Zauważyć można na pierwszy rzut zmianę perspektywy. Zdecydowałam się na coś, czego nigdy wcześniej nie próbowałam. Rozdziały będą z różnych perspektyw, jedna notka może być przykładowo z persp. Szóstego, kolejna znowu Rexa, czy kogoś jeszcze innego. Możliwe, że będę oznaczała poszczególne osoby kolorami, ale zobaczę, jak to będzie wyglądało. No... szablon też na razie jest taki, jaki jest. Tymczasowo zostanie niestety taki... nijaki. Jak na razie nie mam możliwości stworzenia czegoś lepszego, co zgodnie z moimi planami będzie przedstawiało wszystkich. Ale coś jest... na razie musicie zadowolić się tym, ale bez obaw, to zostanie zmienione gdy zyskam coś lepszego. A jeszcze co do rozdziałów... z tymi perspektywami będzie wyglądało to tak, jak jakiś wspólny pamiętnik... jakby ten blog należał nie do mnie, lecz do samych postaci, a pod każdym postem ewentualne dopowiedzi również będą pisane w tym stylu. Tym razem wyjątkowo jest normalnie, bo musiałam Was w to wprowadzić.

Nie wiem, czy wszyscy zrozumieli, czy napisałam to w ogóle z sensem, ale sądzę, że raczej tak, chociaż jestem dzisiaj wyjątkowo zmieszana. W porządku, jak na razie to wszystko. Pozdrawiam wszystkich, na razie <3

poniedziałek, 9 grudnia 2013

Mój powrót... ale czy tak wielki?

Witam wszystkich moich czytelników bardzo serdecznie! Oto przyszedł czas na mój wielki powrót! Tak... powracam na tego bloga, ale nie tak, jak niektórzy z was mogli myśleć. Owszem, będę kontynuować swoją historię, jednak w odrobinę inny sposób. Ogólnie rzecz biorąc będzie to kontynuacja po trochę dłuższym czasie, akcja odbywać się będzie w innym czasie, jednak będzie sporo nawiązań do poprzednich wydarzeń. Mam po prostu pomysł i chcę właśnie go wykorzystać. Możecie się również zastanawiać, co napadło mnie, aby wrócić na tego bloga, skoro tylu osobom mówiłam, że raczej tego nie zrobię. Otóż stało się tak, że gdy wpadłam na właśnie ten pomysł, postanowiłam wrócić do bloga i tutaj to wszystko wam przedstawić, moi kochani. Mimo tego, że skończyłam z tą historią jakiś czas temu nie oznacza, że straciłam ten zapał... nie, wciąż czuję to samo do moich ulubionych bohaterów z tej serii i mam zamiar opisywać w dalszym ciągu ich przygody. Mam nadzieję, że będzie wiele chętnych osób do powrotu, dalszego czytania i śledzenia moich postów. Notka pojawi się niebawem (przynajmniej tak sądzę i mam ogromną nadzieję, że tak właśnie będzie) . Mogłam nie wspomnieć o czymś przez moją niezbyt dobrą pamięć, ale jeśli macie jakieś pytania, śmiało zadawajcie je w komentarzach. Odpowiem z całą pewnością! Pozdrawiam wszystkich bardzo serdecznie. Trzymajcie się, na razie.

piątek, 10 maja 2013

Rozdział 19

Nastolatek przez dłuższy czas nie mógł wrócić do bazy. Co kilka minut próbował wygenerować skrzydła i odlecieć. Nie dawał rady, ciągle działo się to samo, maszynki rozlatywały się, a on spadał z powrotem na ziemię. Około godziny dwudziestej pierwszej zrezygnowany usiadł na ławce w niewielkim parku. Słońce już zaszło, było całkowicie ciemno, jedynie wysokie lampy ciągle świeciły. Mimo później pory wokoło wciąż kręciło się mnóstwo ludzi. Rex rozglądał się na boki i obserwował niektórych. Nie wiedział już co robić, dalej próbować wrócić samotnie, czy może powiadomić opiekuna.
-A co, jeśli Oni nie zauważą nawet, że mnie nie ma? -mruknął bardzo cicho, spuszczajac wzrok. Był w tej sytuacji kompletnie bezradny, chciał już nawet dzwonić do Noah i zapytać, czy mógłby u niego przenocować. Po tym jednak w myślach usłyszał jakby jego wcześniejsze słowa, że jest zajęty i ma dużo nauki. Chłopak był zmęczony i śpiący po tym dniu. Najchętniej położyłby się teraz w swoim łóżku i odpoczął.
* * *
W tym samym czasie w Providence Szósty krzątał się po prawie całej bazie. Chciał szybko znaleźć Rexa. Wcześniej domyślał się, że chłopak po prostu gdzieś wyszedł, ale całkiem niedawno zaczął się już poważnie martwić. Nie było go nigdzie, w pokoju, w skrzydle szpitalnym, nawet na treningu. Mężczyzna pytał wiele osób, ale nikt nie widział nastolatka. Szybko pobiegł do laboratorium, była tam Rebecca. Szósty przestał już nawet ostatnio odciągać ją o pracy, gdy zorientował się, że nie przynosi to oczekiwanych rezultatów.
-Rebecca, szukałem go już wszędzie, nikt nawet nie widział Rexa. -przyznał zdyszany. Biegał wcześniej po całej bazie, w poszukiwaniu chłopaka.
-Hej, usiądź, odpocznij trochę, przecież on musi gdzieś tu być, nie rozpłynął się w powietrzu. -stwierdziła, wskazując mężczyźnie krzesło. -jeśli zaraz się nie znajdzie, będzie trzeba poszukać go na mieście, może znów uciekł. Próbowałeś się z nim skontaktować? -zapytała, spoglądając na niego.
-Tak, z dwadzieścia razy. Nie odpowiada. Rebecca, zaczynam się martwić. Jeśli stało się coś poważnego? -był wyraźnie zmartwiony.
-Na pewno wszystko w porządku, pewnie to nic złego. Niedługo się znajdzie. -przyznała, pocieszając go. -Stałeś się ostatnio bardzo opiekuńczy w stosunku do niego i mnie.
-Zależy mi na Was, nie chcę, żeby coś się stało. -podszedł do niej i chwycił jej dłoń.
-Rozumiem to, ale nic złego się nie stanie, nie musisz tak się martwić. -delikatnie cmoknęła go w policzek, po czym wróciła do pracy. -idź się lepiej już połóż, przynajmniej odpoczniesz.
-Nie chcę. -zaprzeczył, ale zaraz tego pożałował.
-Idź, już. -spojrzała na niego stanowczym wzrokiem.
-No okej... -ruszył w kierunku drzwi. Wyszedł z pomieszczenia i skierował się do własnego pokoju. Nie chciał w tym momencie spać, nawet mimo tego, że był naprawdę wykończony.
Rebecca w dalszym ciągu ciężko pracowała, była lekko zaspana, ale nie odpuszczała sobie. Nie była już poganiana przez Białego Rycerza, ale nie oznaczało to wcale, że ma zrobić sobie wolne, chodziło w końcu o bardzo ważną sprawę. Gdy skończyła pracę w laboratorium, poszła do skrzydła szpitalnego, sprawdzić stan Caesara, tylko on ciągle był nieprzytomny. Pozostali albo wrócili do formy i dalej pracowali, albo niestety skończyli gorzej. Umarli.
Gdy kobieta weszła do pomieszczenia, nie było już nawet Piątej, która przesiadywała z nim prawie całe dnie. Cóż się dziwić, jego stan ostatnio się pogorszył, były dosyć spore szanse, że może nawet umrzeć. Gdy Rebecca go przebadała, spojrzała jeszcze raz na jego twarz i wyszła z pomieszczenia. Chciała jak najszybciej się położyć. Gdy mijała pokój Szóstego, zatrzymała się, słysząc jakieś ciche trzaski. Zapukała do drzwi, usłyszała w odpowiedzi ciche "proszę", więc weszła do środka. Tam Szósty grzebał w jednej ze swoich szafek.
-Co Ty robisz? -zapytała ciekawsko.
-Nie mogę zasnąć, to trochę sprzątam, a co? -nawet na nią nie spojrzał. Układał coś na półce.
-Czy... mogłabym spać dzisiaj z Tobą? -Zmieniła trochę temat. Podeszła bliżej i ukucnęła tuż obok niego. On odłożył właśnie ostatni przedmiot. Spojrzał na nią.
-Oczywiście, że możesz. Żaden problem. -pocałował ją w policzek. Kobieta ucieszyła się, i objęła rękoma jego szyję.
-Dalej martwisz się o Rexa? -spytała, zdejmując mu ciemne okulary i spoglądając w oczy.
-Trochę, ale już stanowczo mniej. Próbuję wmawiać sobie, że po raz kolejny wymknął się na jakiś czas. -zażartował, jednak część jego wypowiedzi była jak najbardziej poważna. Pocałował namiętnie Rebeccę, po czym oboje wstali z podłogi. -rozgość się, czuj się jak u siebie. -prawie niezauważalnie się do niej uśmiechnął. Kobieta rozebrała się do bielizny. Ubrania ładnie poskładała i odłożyła na szafkę. Mężczyzna tak samo. Położyli się obok siebie. Szósty okrył ją kołdrą i objął. Ona czuła się w jego ramionach tak bezpiecznie, jak jeszcze nigdy w życiu. Była szczęśliwa, gdy ją przytulał. Czuła się wtedy taka kochana i ważna dla niego.
-Dobranoc. -mruknęła cicho, uśmiechnęła się i chwilę po tym zasnęła. Szósty jednak leżał jeszcze przytulając ją przez dłuższy czas, mimo wszystko ciągle myślał o Rexie. Miał ochotę natychmiast ruszyć w stronę miasta i przeszukać każdy, chociażby najmniejszy kącik. Coś go jednak powstrzymywało. Bał się o niego, ale ciągle powstrzymywał się od poszukiwań, mówiąc, że na pewno niedługo wróci. Coś jednak nie pasowało, chłopak przecież zawsze wracał przed dwudziestą. Tym razem spóźniał się już około dwóch i pół godziny.
Po dość długim czasie rozmyślania, mężczyzna w końcu zasnął.
* * *
W czasie, gdy Pani Doktor i Szósty spokojnie wypoczywali, różowowłosa kobieta przechadzała się po korytarzach budynku. Całkiem niedawno wyszła dopiero ze skrzydła szpitalnego, gdzie leżał Caesar. Trafiła po krótkim czasie do laboratorium swojego chłopaka. Tam ciągle panował okropny bałagan. Jak widać, nikt nawet się nie pofatygował, aby w ogóle tutaj zajrzeć, i to przez kilka tygodni. Na podłodze wciąż widniały krwawe kałuże oraz mnóstwo porozwalanych i zepsutych przedmiotów. Rozglądnęła się trochę po pomieszczeniu i zaczęła po chwili sprzątać. Nie wiedziała, gdzie co powinno być, ale mimo tego chociaż próbowała.

Dzisiejszy rozdział jest krótszy od poprzednich, ale to głównie przez to, że miałam ciężki tydzień, i mało czasu na pisanie. Postaram się unikać takich sytuacji, ale nic nie obiecuję. Mam już teraz ostatnie terminy do poprawy niektórych ocen, a poza tym pozostają jeszcze obowiązki domowe ! No cóż, to chyba byłoby na tyle, na razie się żegnam. Na razie ! : *


Zapraszam do subskrypcji !

piątek, 3 maja 2013

Rozdział 18

Po kilku tygodniach budynek Providence został doprowadzony do odpowiedniego stanu. Wszyscy jednak zachowali czujność i gotowość. Nikt nie wierzył, że to się już skończyło. Już wszyscy wiedzieli o śmierci Białego, jednak nikt nie przejął się chociaż w połowie tak bardzo, jak jego najlepszy przyjaciel. Szósty chciał, aby ciało z szacunkiem zostało pochowane. Musiał zorganizować wszystko sam, jeśli nie On, nikt by tego nie zrobił.
Przez ten długi czas atmosfera w Providence była bardzo napięta. Szósty myślał o pogrzebie przyjaciela, to znów o zdrowiu ukochanej, która cały czas wymykała się, aby pracować. Rex usiłował zwrócić na siebie czyjąś uwagę, a najbardziej właśnie swojego opiekuna, jednak bezskutecznie. Jego brat nadal leżał nieprzytomny. Obwiniał o to Piątą, sądził, że gdyby nie Ona, to nigdy by się nie zdarzyło. Znienawidził ją po prostu. Nie wyobrażał sobie teraz jej i swojego brata jako pary. Nie potrafił tego przyjąć. Za wszelką cenę chciał ich rozdzielić, był to cel, który teraz obowiązkowo chciał osiągnąć. Skłócić Caesara i Piątą, to było jedyne, czego teraz chciał.
Leżał obecnie w pokoju, smutny i zmęczony po ciężkich dniach. Nie dość, że było ostatnio bardzo dużo pracy, to jeszcze dołowała go jedna sprawa. Chciał się jakoś odstresować. Założył słuchawki na uszy i włączył muzykę. Przesłuchał kilka piosenek, myślał, że dzięki temu się odpręży i uspokoi, jednak to tylko pogorszyło sprawę, bardziej się nakręcił. Po krótkiej chwili rzucił słuchawkami i MP3 na drugi koniec pokoju. Odwrócił się twarzą do ściany, zamyślając się głęboko. Był sam w pokoju, więc przynajmniej panowała tu cisza. Nie wytrzymał tak długo, co chwilę przekręcał się na boki. W końcu podniósł się, usiadł na skraju łóżka i wyjął z kieszeni telefon. Wybrał numer Noah i zadzwonił do niego. Nie odbierał. Nastolatkowi udało się dodzwonić dopiero po czterech próbach.
-Dlaczego nie odbierałeś? Co się z Tobą dzieje?! -wyraźnie zdenerwowany, nie mógł już się opanować, wszystko na około go irytowało.  
-Uspokój się, byłem zajęty. O co chodzi? -zapytał obojętnie.
-Jestem zdenerwowany i jednocześnie załamany. Możemy się gdzieś spotkać, na przykład... na boisku, jak zawsze? -wyjaśnił wszystko, po czym zadał pytanie z wielką nadzieją na pozytywną odpowiedź.
-Jasne, znajdę trochę czasu. Już wychodzę. Na razie. -stwierdził już z większą chęcią na rozmowę i się rozłączył. Rex z powrotem schował telefon, wyszedł z pokoju i skierował się w stronę hangaru. Tam stworzył swoje mechaniczne skrzydła i wyleciał z bazy. Ruszył szybko w stronę miejsca spotkania z kolegą. Gdy tam dotarł, Noah czekał już, siedząc na ławce. Rex podszedł do niego i uśmiechnął się.
-Jak dobrze, że przynajmniej z Tobą mogę zwyczajnie porozmawiać. -stwierdził dość smutno, mimo uśmiechu na twarzy.
-Co się znowu dzieje? -zapytał ciekawsko, rzucając w stronę Rexa piłkę do koszykówki. On szybko ją złapał.
-W Providence dzieje się coś dziwnego. Istna masakra. Jakieś wilkopodobne stwory demolują pół bazy i zabijają Białego. -przedstawił sytuację zdenerwowanym głosem.
-Że co? Wilkopodobne stwory? Biały nie żyje? Co tam się działo? -wyraźnie zdziwiony wszystkim, co mówił Rex.
-Nieważne. Kiedy indziej opowiem szczegóły. Wszyscy mnie tam teraz mają gdzieś, a jakby tego było mało, mój braciszek znalazł sobie panienkę. -rzucił po tym piłkę w stronę kosza, jednak upadła jakieś trzy metry obok. Chłopak westchnął cicho.
-Ej, to chyba dobrze, że Caesar znalazł dziewczynę, prawda? -ciągle widoczne na jego twarzy było zdziwienie. Nie rozumiał do końca, o co chodzi.
-Tylko że ta panienka to Piąta! -krzyknął spoglądając na niego.
-I co w związku z tym? Co z nią niby jest nie tak? -w dalszym ciągu nie widział w tym problemu.
-No bo to... to Piąta!! -On z kolei nie rozumiał, dlaczego Noah nie widzi w tym nic negatywnego.
-Za bardzo przesadzasz. Powinieneś cieszyć się z tego, że kogoś ma i jest szczęśliwy. -blondwłosy chłopak wstał i ruszył przed siebie. Podniósł piłkę z ziemi i sam rzucił do kosza. Trafił idealnie. Znów poszedł po piłkę, podniósł ją i rzucił Rexowi.
-Co z tego, że ma kogoś? Ona go zniszczy, zobaczysz. Długo z nią nie wytrzyma. -chwycił piłkę, jednak poczekał z jej ponownym rzuceniem. Zaczął odbijać nią o ziemię.
-Wytrzyma, jeśli serio coś do niej czuje, dadzą radę, jeśli nie, zrozumieją to szybko i zerwą. -przyznał cicho. Było to proste i logiczne.
-Tak, wiem, ale wolałbym raczej, żeby im za bardzo nie wyszło. Może trochę pomogę im zrozumieć, że do siebie nie pasują? -zastanowił się chwilę, spojrzał na Noah i szeroko się uśmiechnął.
-Dlaczego mam wrażenie, że nic dobrego z tego nie wyniknie? -skrzyżował ręce przy klatce piersiowej.
-Nie bądź takim pesymistą, wszystko pójdzie świetnie, Ona odejdzie, a ja odzyskam brata. -stwierdził spokojnie, jakby nie było w tym niczego złego.
-A dlaczego tak jej nie lubisz? Co takiego Ci zrobiła? -zapytał zniecierpliwiony i poirytowany.
-Po prostu nie przepadam za nią i tyle. Jest denerwująca i zabrała mi mojego brata. -wyraźnie podkreślił słowo "mojego".
-Przecież nie robi nic złego, może go naprawdę kocha? Nie możesz zabronić jej być szczęśliwą. -usiłował przemówić mu do rozsądku, ale to nie było takie proste. Rex był uparty, zwłaszcza w takich sytuacjach.
-Nie mogę, ale mogę spróbować zrobić tak, żeby nie czuli się razem szczęśliwi. -przyznał ze złośliwym uśmiechem.
-Wciąż nie rozumiem. Z tego co wiem, to przecież niedawno uratowałeś jej życie, prawda? -spytał podejrzliwie. Rex westchnął.
-Muszę przestać w końcu wszystko Ci opowiadać. Nieważne. Nie pozwolę na to, żeby Caesar zmarnował sobie życie z tą debilką. -spoważniał. Uśmiech opuścił jego twarz, teraz zagościła na niej wściekłość i wyraźna chęć zniszczenia tego szczęścia, które ponoć panowało między jego bratem, a Piątą.
-Dobra, nie będę Cię już powstrzymywał, bo i tak nic nie zdziałam. Tylko żebyś później nie wyżalał mi się, że tylko pogorszyłeś sprawę, jasne? -postawił ten warunek całkiem poważnie.
-Okej, okej... nie będę się wyżalał, bo wszystko pójdzie świetnie. Nie będę miał powodów do smutku, tylko bardziej do szczęścia. -był bardzo pewny siebie. Rzucił piłkę do kosza, ale zamiast trafić prosto do niego, piłka prawie uderzyła w głowę Noah. -Sorki.
-Ok. Nic się nie stało. To tyle, co miałeś do obgadania? -zapytał już spokojniej, podnosząc piłkę.
-A co? Spieszysz się gdzieś? -był wyraźnie trochę zdziwiony, przecież niedawno dopiero tu przyszedł.
-Mam trochę nauki, niedługo piszę testy. Wiesz przecież, że za dwa miesiące koniec roku szkolnego. Muszę brać się ostro za oceny. -wyjaśnił wszystko.
-Ach, no tak. Dzięki, że znalazłeś dla mnie chociaż chwilę, spotkamy się jeszcze niedługo? -zapytał z nadzieją.
-Możliwe, jak się wyrobię i znajdę wolną chwilę, dam znać. -podszedł do bramy wyjściowej z boiska.
-Spoko, to na razie... -było mu trochę smutno, że Noah nie ma dla niego czasu, ale wiedział, że ma teraz wiele innych rzeczy do roboty. Gdy kolega się oddalił. Rex znów stworzył skrzydła i odleciał. Chciał wrócić do bazy, ale stało się coś dziwnego, jego skrzydła się nagle rozpadły, a on spadł z na szczęście niewielkiej wysokości na ziemię. Był lekko poobijany. Spróbował znów je wygenerować, ale nie dał rady, rozpadały się przy każdej próbie. Nie rozumiał, o co chodzi. Chciał już połączyć się z Szóstym i poprosić o pomoc, jednak tego nie zrobił. Pomyślał, że zacznie się czepiać, będzie miał pretensje o wychodzenie na miasto bez pytania, i tak dalej. Nie wiedział co ma robić, panowały nim różnego rodzaju emocje. Złość, smutek i strach. Postanowił, że przeczeka chwilę i spróbuje później.


Ostatnio coś mnie naszło, dlatego rozdział jest cały o Rexie, jednak to wcale nie oznacza, że zmienia się cała historia. Głównym bohaterem ciągle jest ten, kto był nim od samego początku. Mam nadzieję, że nie wyszło najgorzej i wszystkim się spodobało. Pozdrawiam i dedykacja dla Stelli, Olci i Circe ;)))

czwartek, 25 kwietnia 2013

Rozdział 17

W ciemnej sali wciąż leżało dwoje ludzi, w powietrzu unosił się niemiły zapach. Ciężko było w ogóle oddychać, w pomieszczeniu panowała duchota. Różowowłosa kobieta czuła okropny ból brzucha, towarzyszyły temu nieprzyjemne dla ucha dźwięki. Dodatkowo jeszcze zmęczenie mięśni, jak i umysłu. Podobnie było w przypadku mężczyzny. Desperacko potrzebowali odpoczynku, jednak nie mogli na niego liczyć. Nie mogli teraz odpoczywać, musieli walczyć. Być twardzi, wytrzymali. Musieli przeżyć. Caesar utrzymywał coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością i tym światem. Odpływał bardzo szybko. Po chwili zaczął mruczeć pod nosem niezrozumiałe słowa. Na jego twarzy ukazał się szeroki uśmiech, nie przestawał mówić, Piąta jednak nie rozumiała ani słowa. Spojrzała na niego.
-Caesar... Caesar! -próbowała przywrócić go do przytomnośći. -Caesar, uspokój się. -zobaczyła, jak coraz bardziej opuszcza powieki. -Nie, proszę Cię, tylko nie odpływaj. Patrz na mnie! Skup się na moich oczach, Caesar! -potrząsnęła nim mocno. Zaczęła panikować, już nie zwracała uwagi na głód, pragnienie i zmęczenie. Usiłowała mu pomóc.
-Spójrz... jak tu pięknie, jakie wspaniałe widoki. Piąta, zostańmy tutaj, to po prostu raj. Spójrz tylko, morze, słońce... -zaczął bredzić, na wpół przytomny.
-Caesar, co Ty mówisz? Jesteś ledwo przytomny, nie kontaktujesz, obudź się, natychmiast!! -zaczęła krzyczeć, mimo piekielnego bólu gardła. Potrząsała nim mocno i próbowała wybudzić. Gdy już myślała, że bezskutecznie, że to już koniec, usłyszała głosy zza potężnych, mechanicznych, zatrzaśniętych drzwi. Rozpoznała głos Capitana Callana. Usiłowali otworzyć wejście. Piąta ciągle krzyczała.
-Proszę! Potrzebujemy pomocy! -nie chciała zamilknąć, zanim przecież tutaj dotarli, mogli pomyśleć, że tylko im się przesłyszało. Nagle drzwi się otworzyły. Na Piątą i Caesara opadły strumienie światła neonowych lamp. Była to niewiarygodna ulga. Młody naukowiec po chwili zamknął oczy, jego ręka, którą dotychczas obejmował różowowłosą, teraz opadła na podłogę. Kobieta straciła już wszystkie siły, opadła ledwo przytomna na klatkę piersiową mężczyzny. Oboje ich podniesiono. Agenci zajęli się Caesarem, natomiast Capitan Callan podszedł do Piątej, uniósł ją delikatnie, widząc bardzo słaby uśmiech na jej twarzy, zapytał z troską.
-Wszystko w porządku?
-Ze mną tak, Caesar jest ranny. -uniosła głowę i odpowiedziała bardzo cicho.
-Nie bój się, nic mu nie będzie. Zaraz się nim zajmą. Chodźmy stąd. -zaproponował. Na to kobieta tylko przytaknęła. Z pomocą blondwłosego mężczyzny wstała i ruszyła razem z nim w stronę wyjścia. Następnie obojga zabrali do skrzydła szpitalnego. Caesara musieli opatrzeć, a Piątą zdiagnozować, czy aby na pewno wszystko z nią w porządku. Po tym zaproponowali, by przekąsiła coś na stołówce, ale Ona jednak odmówiła. Usiadła tylko na skraju łóżka Caesara i dotknęła dłonią jego policzka.
-Nie odejdziesz ode mnie, prawda? Nie możesz mi tego zrobić. Chciałeś mnie uratować, pomóc, a teraz sam jesteś na skraju życia. -przyznała smutno, gdy już wszyscy opuścili pomieszczenie. Nagle poczuła okropny ból brzucha, chwyciła się mocno za niego. Usłyszała, jak burczy. Chciałaby teraz coś zjeść, ale nie bez Casara, chciała być przy nim jak najdłużej. Drżącą dłonią cały czas gładziła jego chłodny policzek. Z oczu spłynęła jej samotna łza, która następnie spadła na dłoń mężczyzny. Różowowłosa nawet tego nie spostrzegła. -Jeśli Ty umrzesz, to ja też chcę. -mocno ścisnęła jego lewą dłoń. Ucałowała go delikatnie w policzek.
* * *
W czasie, gdy Szósty został pilnie wezwany na rozmowę z Capitanem Callanem, Rebecca wymknęła się potajemnie do laboratorium. Mężczyzna kazał jej leżeć i odpoczywać, ale Ona nie miała zamiaru tego robić. Gdy tylko tam wbiegła, zaczęła sprawdzać, czy nie zostały uszkodzone próbki i dokumenty. Nie było wielkiej tragedii, straciła jedynie kilka próbek krwi E.V.O. Odetchnęła cicho z ulgą, ale mimo to w dalszym ciągu przeglądała szafki i szuflady. Nagle natknęła się na coś, czego się tutaj niespodziewała. Była to kartoteka jej ukochanego. Wiedziała, że nie powinna, ale otworzyła ją. Od razu zobaczyła, że nawet Providence prawie nic o nim nie wiedziała:

Imię: Nieznane

Nazwisko: Nieznane

Pseudonim: Szósty

Wiek: Nieznany

Posada: Agent Specjalny Providence

Rodzina: Nieznana

Pochodzenie: Nieznane

Dodatkowe informacje: Wielokrotnie karany za zabójstwa i kradzieże. Za każdym razem uciekał i ukrywał się w miejscu nie znalezionym nawet do teraz. Poszukiwany w piętnastu krajach.

Gdy Rebecca przeczytała to wszystko, przeraziła się. Wolałaby nigdy się na to nie natknąć. Jej chłopak był seryjnym zabójcą, poszukiwanym w tylu krajach. Na dodatek wymigujący się od zasłużonej kary. Kto wie, czy kiedyś ktoś go nie rozpozna i nie aresztuje. Zaczęła bać się nie tylko o niego, ale również o siebie. Miał czasami przebłyski swoich dawnych zachowań, ostatnio coraz częściej. Zaczęła się obawiać, że znów może stać się taki, jak parę lat temu. Natychmiast odłożyła teczkę z dokumentami na miejsce. Zamknęła szafkę, odwróciła się, i oparła o jej krawędź. Nagle zobaczyła w wejściu Szóstego. Była zakłopotana.
-Rebecca, miałaś tam zostać i odpoczywać, a nie skakać po laboratorium. -przyznał całkowicie poważnie i skrzyżował ręce przy klatce piersiowej.
-Ja... wiem, ale chciałam tylko zobaczyć, czy z dokumentami wszystko jest w porządku. -próbowała jakoś wybrnąć.
-No to już sprawdziłaś, wracaj do łóżka. -rozkazał.
-Ale... ja nie chcę. Czuję się całkiem dobrze. -zapewniła z uśmiechem.
-Rebecca, wracaj do łóżka, masz odpocząć. Nieważne, jak się czujesz, niedawno się przebudziłaś, powinnaś jeszcze leżeć. -Kobieta westchnęła cicho i podeszła do niego. On pocałował ją w czoło.
-Wolisz skrzydło szpitalne, czy swój pokój? -zapytał z troską.
-W pokoju czuję się jakoś lepiej i bezpieczniej. -przyznała z lekkim strachem w głosie, ale na szczęście dla niej, mężczyzna tego nie spostrzegł.
-To chodź, położysz się tam, o ile nie został zdemolowany. -uśmiechnął się do Rebecci i objął ją ramieniem. Razem poszli w stronę jej pokoju. Mijali po drodze mnóstwo ludzi, próbujących naprawić wszelkie uszkodzenia w budynku. W końcu para dotarła do nietkniętych drzwi pokoju Rebecci. Weszli do środka.
-Na szczęście wszystko stoi na swoim miejscu. -przyznała z lekkim uśmiechem. Od razu usiadła na łóżko, pomasowała swoje skronie. -Boli mnie głowa... -stwierdziła cicho.
-Połóż się, przyniosę Ci za chwilę jakieś tabletki. -pocałował ją delikatnie, okrył kołdrą i wyszedł z pokoju. Ona posłusznie opadła głową na poduszkę. Westchnęła głośno. Zaczęła wpatrywać się w sufit i rozmyślać. Ostatnio pojawiało się tyle problemów. Nie wiedziała, czy sobie teraz poradzi. Miała nadzieję, że wkrótce wszystko się jakoś ułoży i na szczęście życie pracowników agencji wróci do normy.


Jestem dziś tak wściekła, ale wena okazała się łaskawa, nie opuściła mnie i dzięki temu skończyłam bardzo szybko ten rozdział. Myślę, że dobry i porządny. Publikuję go trochę wcześniej, ale w sumie do jutra zostały jeszcze tylko niecałe dwie godziny. Pozdrowienia dla wszystkich i dedykacja dla Forsaken.

piątek, 19 kwietnia 2013

Rozdział 16

[...] Zbliżyła się do jego prawego ucha i szepnęła cicho.
-Caesar, tylko ode mnie nie odchodź. Zależy mi na Tobie, bardzo. -łzy spłynęły po jej policzku, a następnie wszystkie spadły na podłogę, mieszając się z ciemnoczerwoną kałużą krwi. Mężczyzna był coraz słabszy, z każdą sekundą tracił wiele energii. Powoli przestawał już utrzymywać kontakt z tym światem, słyszał głos różowowłosej, ale to, co mówiła, docierało do niego bardzo powoli. Nie miał nawet jak opdpowiedzieć na jej słowa. Nie potrafił wydać z siebie chociaż najcichszego dźwięku. Czuł, jak dziewczyna mocno przytula się do niego i gładzi jego policzek. Był niezmiernie szczęśliwy, że jest przy nim, że usiłuje mu pomóc, jednak bezskutecznie. Z czasem coraz bardziej wszystko wydawało mu się rozmazane. Chciał się odezwać, chciał odpowiedzieć, ale nie mógł. Piąta również z każdą minutą i sekundą traciła na siłach. Oboje byli już głodni, spragnieni i zmęczeni. Chętnie by teraz spokojnie zasneli, aby zregenerować siły. Jednak gdy Caesar zamknął by teraz oczy, nie otworzył by ich już nigdy i zasnął snem wiecznym. Z kolei Piąta czuwała, aby tego właśnie nie zrobił, próbowała go jakoś przetrzymać, zagadywać, utrzymać przy przytomności. Po chwili zaczęła kontynuuować to, co przed chwilą powiedziała. -Ja... Boże... Caesar, ja Cię... kocham... -przyznała niepewnie, bała się jego reakcji, nie usłyszała w odpowiedzi nic. Nie mógł wydusić z siebie ani słowa, podobnie, jak nie był w stanie nawet drgnąć. Mimo milczenia, w jego umyśle kłębiło się mnóstwo myśli, zwłaszcza to, co przed chwilą usłyszał. Zrobiło mu się gorąco, pomimo bardzo niskiej temperatury w pomieszczeniu. Myślał, że to nie jest możliwe, że tylko mu się przesłyszało. Ale bardzo chciałby usłyszeć z jej ust takie słowa. Podobała mu się od samego początku, jednak strach robił swoje. Nie był świadomy tego, że to się stało, że przyznała to naprawdę. Zanim się zorientował, poczuł jej wargi na swoich, połączył ich delikatny, czuły pocałunek. Gdy kobieta się od niego oderwała, powtórzyła:
-Kocham Cię. -tuż po tym patrzyła na jego jakby nieobecną twarz. -Na pewno ktoś nam pomoże, na pewno. To niemożliwe, żeby to był już koniec. Zaraz ktoś tu przyjdzie i nas uwolni, jestem pewna. -rozpłakała się i mocno wtuliła w jego klatkę piersiową. Nie było szans, żeby w najbliższych chwilach ktokolwiek przyszedł do tej części bazy.
* * *
W tym samym czasie właśnie przebudziła się Rebecca. Gdy tylko otworzyła oczy, zauważyła tuż obok siebie Szóstego, w dalszym ciągu mocno ją przytulał, spał spokojnie. Jego lewa ręka leżała na brzuchu Holy, a drugą ją obejmował. Kobieta podniosła się i pogłaskała ukochanego po policzku.
-Szósty. -szepnęła mu do ucha. On otworzył delikatnie oczy, jego ciemne okulary leżały obok, na małym stoliku. Spojrzał na nią. Uśmiechnął się delikatnie.
-Na reszcie się obudziłaś. -podniósł się lekko i pocałował czule. Ona odwzajemniła ten gest. Czuła się już stanowczo lepiej. Jedynie piekący ból w miejscu ran trochę przeszkadzał, ale wiedziała, że wkrótce się to zagoi. Objęła ramionami jego szyję i się przytuliła.
-Jak się czujesz? -zapytał z wielką troską i życzliwością w głosie.
-Bardzo dobrze, tylko jeszcze trochę boli. -uśmiechnęła się do niego delikatnie. Nagle zauważyła, że Szósty spoważniał. Mężczyzna przypomniał sobie to, co stało się niedawno. -Szósty? Stało się coś? -zapytała, widząc jego wyraz twarzy.
-Ja... bo wiesz... -nie mógł skończyć.
-Wyduś to w końcu z siebie. -pogłaskała go po policzku i spojrzała w ciemne, brązowe oczy.
-Biały nie żyje. -powiedział w końcu, spuścił głowę. Rebeccę zamurowało.
-Jak to nie żyje? Przecież... to nie jest możliwe. - zaczęła głęboko nad tym myśleć. Usiedli na skraju łóżka obok siebie. -to... skoro tak naprawdę się stało, to co teraz będzie z Providence?
-Nie mam pojęcia Rebecco, nie mam pojęcia... -przyznał bezradnie. Pocałował ją w czoło. -na pewno nie będzie to koniec, jestem na sto procent pewien, że przydzielą kogoś innego.
-Ale ... ale Biały był... -nie dawała rady. Schowała twarz w dłoniach.
-Wiem Skarbie, ale przecież nic na to nie poradzimy. Damy sobie radę, spokojnie.
-Jak mam być spokojna w takiej sytuacji? -spojrzała na niego.
-Musisz, przecież smutkiem nie przywrócimy mu życia, dobrze to wiesz. -przyznał to ze smutkiem w głosie.
-Tak, ale nie wiem, jak to w ogóle możliwe. -ciągle niedowierzała.
-Można było się domyślić, że coś podobnego znajdzie tutaj miejsce. Przecież to nie oznacza wcale końca tej organizacji. -przytulił ją mocno i musnął ustami w policzek. Kobieta przestała myśleć wtedy nawet o bólu. Nie chciała się tym przejmować, sądziła, że niedługo rany się zagoją i będzie po problemie. Jednak nie wiedziała, że to wcale nie będzie aż takie proste.

Dziś nie mam wiele do powiedzenia, może tylko tyle, że ostatnio mam naprawdę bardzo ważny problem, więc nie wiem, jak będzie z notkami. Postaram się pisać dla osób, które w ogóle jakoś się tym blogiem przejmują, chociaż wątpię, że jest jeszcze ktoś taki. Dedykacja dla Eleny i Sztyletnicy.


Jeśli chcesz być stałym obserwatorem bloga i szybko wiedzieć o najnowszych wpisach, zapraszam do Subskrypcji.

piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział 15

Ogarnęło ich przerażenie, spojrzeli po sobie i tuż po chwili biegli już w stronę, z której dobiegał przeraźliwy krzyk. Zajęło im to sporo czasu, ale w końcu dotarli do niewielkiego, pustego pomieszczenia. Weszli niepewnie do środka, nagle wszystko ucichło. Rozejrzeli się wokoło. Caesar starał się być ostrożny, trzymał się w małej odległości za Piątą. Nagle tuż przed nimi pokazała się jasna, szara mgiełka. Usłyszeli po sekudzie ten sam wrzask, który rozległ się jakiś czas temu, tylko że tym razem był o wiele głośniejszy. Oboje natychmiast cofnęli się o kilka kroków, zasłaniając dłońmi uszy. To było takie głośne, że nie mogli wytrzymać, padli na ziemię. Po kilku wydłużających się sekundach krzyk ucichł. Piąta i Caesar odsłonili z powrotem uszy i znów się rozglądnęli. Pomieszczenie znów było puste. Podnieśli się z ziemi, zaczęli gwałtownie i szybko rozglądać się na wszystkie strony. Niespodziewanie, potężne, mechaniczne drzwi zatrzasnęły się za nimi. Szybko do nich podbiegli i usiłowali otworzyć, to było jednak niemożliwe, nie dali rady, odwrócili się, po krótkiej chwili na środku małego pomieszczenia znów pojawiła się identyczna mgiełka, przez chwilę przyjęła kształt człowieka, jednak wciąż składała się tylko z jasnego gazu. Machnęła rękoma w przód i po chwili uwolniły się z nich cztery, ostre jak brzytwa jasno-błękitne kryształy. Z zawrotną prędkością zbliżały się do Caesara i Piątej. Czarnowłosy mężczyzna odruchowo chwycił kobietę w tali i popchnął ją w przód. Dwa kryształy przeleciały tuż nad ich głowami. Jednak kolejny otarł się o tylną część szyi Caesara, rozcinając skórę na niej, ostatni wbił się w prawą, dolną część jego brzucha. Krzyknął głośno z powodu okropnego bólu. Po tym dziwna, tajemnicza mgiełka po raz kolejny rozpłynęła się w powietrzu. Piąta w pierwszym momencie była tak zszokowana i wystraszona, że nie zorientowała się nawet, mimo głośnego krzyku, że coś dolega Caesarowi. Jego dłonie zsunęły się z jej ciała. Dopiero gdy usłyszała, że mężczyzna upada na ziemię, odwróciła się w jego stronę. W pierwszym momencie nie mogła uwierzyć w to, co się stało, zakryła usta dłońmi, jednak po chwili ukucnęła przy nim, ucisnęła lekko poważniejszą ranę na brzuchu.
-Caesar, patrz na mnie, spokojnie. -mężczyzna przymrużał oczy, Piąta starała się go zagadywać, aby nie stracił przytomności, mogłoby się to źle skończyć. Różowowłosej zaczęły spływać po policzku strumienie łez. Zaczęła się obwiniać, chciał uratować przed tym ją, a sam został bardzo poważnie ranny. Nie dało się nawet otworzyć drzwi, najlepszym pomysłem, na jaki w tamtym momencie wpadła Piąta, było wzywanie pomocy.
-Halo! Pomóżcie nam! -krzyczała najgłośniej, jak tylko mogła. Łudziła się, że zaraz ktoś tutaj przyjdzie i im pomoże. Patrzyła przerażonym wzrokiem na Caesara.
-Spokojnie, wszystko będzie w porządku, na pewno. Nic poważnego się nie stanie. -z niedowierzaniem, patrząc mu w oczy.
-Piąta, przestań, nikt tutaj nie przyjdzie, w tej części bazy nie ma nikogo, nikt nam nie pomoże, jesteśmy w pułapce. -ledwo przytomny, mruknął cicho pod nosem.
-Nie! Na pewno nie! Pomogą nam, zobaczysz, Tobie też nic nie będzie, wyciągną nas i Ci pomogą, jestem tego pewna! -nie zwracając na nic uwagi, po prostu się do niego przytuliła, jedną ręką wciąż uciskając jego ranę. Oboje na moment zamilkli. Caesar uniósł z ledwością jedną rękę i ją objął.
-Proszę, przestań siebie samą oszukiwać, naprawdę, nikt tutaj nie przyjdzie. -Piąta już po tym nie odpowiedziała. Leżała tuż obok niego, mocno się przytulając. Łkała cicho. Naprawdę zależało jej na nim... jak na przyjacielu. On jej pomógł, przez cały czas był przy niej, gdy leżała nieprzytomna, lub po prostu potrzebowała towarzystwa. Nie chciała, aby coś poważnego mu się stało, zostałaby wtedy sama, Szósty zajęty był Rebeccą, a nikogo tutaj prócz jego i Caesara nie miała. Może nie była tego do końca świadoma, ale desperacko potrzebowała kogoś bliskiego, prawdziwego przyjaciela. Potrzebowała właśnie jego. Pogłaskała go po chłodnym policzku. Spojrzała smutnym, wręcz załamanym wzrokiem na jego twarz.
-Dasz radę, trzymaj się, jestem pewna, że sobie poradzisz. -Caesar nie miał siły nawet wyżej unieść powiek, spojrzał na nią kątem oka.
-Nie płacz, moje zdrowie i życie nie jest warte Twoich łez. -pogłaskał ją po głowie i przeczesał palcami jej krótkie włosy. Ona wtuliła się mocno w jego klatkę piersiową.
-Nie mów tak, jesteś wart bardzo dużo, życie każdego człowieka jest bezcenne... kotku. -nazywała tak bardzo często różne osoby, ale gdy powiedziała tak do niego, miało to głębsze znaczenie. Prawą dłonią zaczęła szukać na ziemi jego ręki, gdy na nią trafiła, od razu mocno go za nią chwyciła. Poczuła, że w obecnej sytuacji, gdy są tak blisko, jest odrobinę spięty. Nie chciała zwracać na to uwagi. Z drugiej strony mężczyźnie naprawdę pasowała ta bliskość z nią. Pogłaskał delikatnie jednym palcem jej drżącą dłoń. Drugą ręką dalej ją obejmował. Zupełnie już milczeli, wtuleni w siebie rozmyślali nad tym, co będzie dalej. zostaną uratowani, czy umrą tutaj z głodu, pragnienia i przemęczenia? Z każdą minutą byli psychicznie coraz słabsi, a po kilku godzinach Caesarowi zaczęły doskwierać poważne doznania fizyczne, i tak samo jemu, jak i Piątej również głód i pragnienie. Mimo tego, nie odrywali się od siebie ani na centymetr. Po bardzo długim czasie, gdy w pomieszczeniu było już zupełnie ciemno, Piąta nerwowo zaczęła rozglądać się wokoło. Caesar to szybko zauważył.
-Ej, co się dzieje? - zapytał z wyraźną troską.
-Ja... nie... tylko... boję się ciemności. -mruknęła cicho.
-Nie bój się, nie masz czego, jestem przy Tobie, nic Ci nie grozi. -Caesar zdobył się na bardzo słaby uśmiech. Ciągle przeczesywał delikatnymi ruhami dłoni jej włosy. Piąta po chwili się podniosła. Wokół nich utworzyła się już niewielka kałuża krwi. Różowowłosa urwała skrawek swojej koszulki. Przycisnęła materiał do rany Caesara. On jęknął cicho z bólu.
-csiii... muszę coś z tym zrobić, wiem że boli... -uspokoiła go. On ciągle trzymał drżącą dłoń przy jej plecach. Jej nawet się to podobało, cieszyła się, że nie jest w tej chwili sama. Wiedziała dobrze, że może na niego zawsze liczyć, że on w razie potrzeby za każdym razem jej pomoże. W końcu jakiś czas temu, uratował ją już przed wykrwawieniem. A teraz, gdyby nie On, zapewne to Ona leżała by teraz na jego miejscu, ranna, bezwładna i słaba. Była mu naprawdę wdzięczna z całego serca. Postanowiła jeszcze raz spróbować wezwać pomoc. Na początku krzyczała najgłośniej, jak tylko potrafiła, Caesar jej nawet nie powstrzymywał, nie miał siły nic już powiedzieć, leżał tylko i czekał niecierpliwie. Z każdą minutą głos Piątej był coraz cichszy. Po długim czasie ochrypła, nie mogła już krzyczeć, mruczała tylko cicho, ciągle powtarzając z nadzieją:
-Pomocy... niech ktoś nam pomoże... -po paru chwilach przestała, rozpłakała się i upadła zmęczona na ziemię, znów wtulając się mocno w Caesara. Usłyszała cichy jęk. Możliwe, że zadała mu ból, opadając na ranę.
-Przepraszam. -mruknęła tylko cicho, zachrypniętym głosem. Owinęła ręce wokół jego szyi, nie chciała puścić. Pomyślała, że jeśli mają tutaj niedługo umrzeć, to chce być tuż przy nim, przy mężczyźnie, który był dla niej tak życzliwy i serdeczny w chwili, gdy inni traktowali ją jak powietrze, a jeszcze inni, jak śmiertelnego wroga. Leżąc na jego klatce piersiowej, czuła spowolniony oddech, jak łapie każdy z trudnością. Obejmując ramionami jego szyję, czuła jak spływa na jej dłoń wąski, krwawy strumień. Delikatnie go tam gładziła, nie czuł takiego bólu, jaki zadawała mu rana na brzuchu. Piąta usłyszała po chwili, jak burczy jej cicho w brzuchu, zabrała szybko jedną rękę i się za niego mocno chwyciła. Mruknęła cicho pod nosem, ciągle szlochając. Uniosła bardzo delikatnie głowę i spojrzała na twarz czarnowłosego mężczyzny. Ciągle miał lekko uniesione powieki, patrzył prosto na sufit. Ona czerwoną od krwi ręką pogłaskała go po policzku, zbliżyła się do niego. Słyszała, jak stara się o każdy, chociażby najmniejszy oddech. Jak walczy, aby tylko nie utracić przytomności. Zauważyła, że powoli przegrywa tę walkę, chciała mu jakoś pomóc, ale kompletnie nie wiedziała jak. Uroniła kilka drobnych, słonych łez, które spadły na policzek Caesara i spłynęły dalej, na podłogę, zostawiając wąskie, wilgotne ślady na jego skórze. Wzięła kilka głębokich oddechów, drżała mocno, w pomieszczeniu było zimno, a Ona nie miała na sobie nic specjalnego, cienkie spodnie i koszulka nie zapewniały dużego ciepła. Jednak nie tylko chłód, przyczyniał się do dreszczy. Zbliżyła się do jego prawego ucha i szepnęła cicho...

piątek, 5 kwietnia 2013

Rozdział 14

Brązowo-włosy mężczyzna stał tyłem do martwego ciała przyjaciela. Wpatrywał się w ogromne okno, widział za nim tylko pustynię, skały i piasek, a nad nim jasnobłękitne niebo i błyszczące, złociste słońce, świetlista kula unosiła się wysoko nad ziemią, i wędrowała dalej. Usłyszał, jak drzwi do pomieszczenia się otwierają, do środka weszło paru agentów, wezwanych wcześniej przez Szóstego. Bez zbędnych słów zabrali ciało szefa. Było oczywiste, co się stało, nikt nie zadawał już więcej pytań. Podczas tej całej tragedii zginęło bardzo wielu ludzi. Agentów i naukowców. Wszyscy byli pogrążeni w żalu, nikomu nie chciało się śmiać i rozmawiać. Szósty był szczególnie zdołowany, przyjaźnił się z Białym od naprawdę wielu lat. Nawet gdy został szefem, nie oszalał z powodu władzy, nie zapominał o swoim najlepszym przyjacielu, który zawsze był z nim, zawsze mu pomagał, zawsze mógł na niego liczyć. Nie zasługiwał na taki okrutny koniec, był przecież dobrym człowiekiem, nigdy nie zrobił nic złego. Był czasami nerwowy, zabraniał tutaj wielu rzeczy, rządał posłuszeństwa i dyscypliny, ale przecież do wszystkiego miał jakiś powód, chciał po prostu, aby w Providence było wszystko w porządku, w czasie światowej apokalipsy, związanej z przemienianiem się niewinnych ludzi i zwierząt w okropne potwory, nie było ani trochę miejsca na jakiekolwiek błędy.
Szósty był w tej sytuacji bezradny, miał mieszane myśli, nie wiedział kompletnie co ma robić. Najlepszą decyzją było w tej chwili poinformowanie pozostałych osób o tym incydencie. Providence nie mogła działać samodzielnie, potrzebny był ktoś, kto utrzymałby to wszystko w jednym kawałku. Osoba rozważna, uczciwa i silna, głównie psychicznie. Taka, która nie zrezygnowałaby od razu, po pojawieniu się pierwszych, najmniejszych kłopotów. Szósty znał pewną tajemnicę Białego, już jakiś czas temu chciano zmienić go na kogoś innego, lepszego. Kogoś, kto doprowadziłby ten cały bałagan do porządku, uważano, że Biały Rycerz sobie z tym nie radził. Że wymykało mu się to całkowicie z pod kontroli. Może i naprawdę tak było, z czasem pojawiały się coraz większe i poważniejsze problemy, wobec których był całkowicie bezradny, nie dawał sobie rady z ich rozwiązaniem. Bywały takie momenty, ale przecież nie oznaczało to, że był kompletnie bezużyteczny w całej tej organizacji. Teraz nie miało znaczenia nawet to, że był wspaniałym szefem. Umarł, odszedł na zawsze, już nigdy nie zobaczą go na ekranie komputera, siedzącego w swoim gabinecie, już nigdy nie usłyszą od niego rozkazów. Zostawił wszystkich swoich pracowników w bardzo trudnej sytuacji. Teraz wszyscy musieli radzić sobie przez jakiś czas sami, a następnie przyzwyczajać się już do całkiem nowego szefa. Oznaczało to także nowe rozkazy, prawa i zasady. To wszystko było jeszcze przed nimi, na razie jednak nie powinni myśleć o przyszłości, lecz teraźniejszości. Nie było czasu na smutek, czy łzy. Szósty doskonale o tym wiedząc, niechętnie zaczął zbliżać się do wyjścia z pomieszczenia, zatrzymał się jednak tuż przy drzwiach, spojrzał jeszcze raz na miejsce, w którym niedawno leżało ciało przyjaciela. Teraz pozostała tam już tylko dość spora, krwawa kałuża. Westchnął cicho, po czym ruszył w stronę skrzydła szpitalnego. Oprócz zajmujących tam wszystkie miejsca nieprzytomnych osób, nie było już nikogo. Szósty podszedł pewnym krokiem do wciąż nieprzytomnej Rebecci. Zauważył na świeżych wynikach badań, że jej stan niewiele się poprawił. Bardzo ucieszył się z tego powodu, że pomimo okropnych cierpień, jej organizm wciąż walczy i bardzo powoli tę walkę wygrywa. Ujął delikatnie jej dłoń, była zimna i bezwładna. Pomasował ją lekko.
-Kochanie, poradzisz sobie. Wierzę w Ciebie Słoneczko. -w odpowiedzi usłyszał oczywiście jedynie ciszę. Nie odchodził od niej ani na krok, cieszył się, że już nikt go nie wyganiał, że może być w końcu przez cały czas przy niej. Ciągle niesamowicie się martwił, głównie przez to, że to na sto procent nie koniec kłopotów, a ludzie w Providence nie są w stanie walczyć. W pomieszczeniu wyróżniało się jedno, puste łóżko, na którym wcześniej leżała Piąta. Mężczyzna pomyślał, że najwyraźniej lepiej się poczuła, i po prostu wymknęła się z budynku, w końcu, po co miała tam siedzieć? Nie było w Providence dla niej żadnej ważnej osoby, a jej dom był gdzie indziej, więc mogła pójść sobie stamtąd w każdej chwili. Jednak Ona była w danym momencie najmniejszym problemem Szóstego, martwił się o swoją ciężko chorą dziewczynę, właśnie dowiedział się, że jego najlepszy przyjaciel nie żyje, a na dodatek mieli poważne problemy z samym budynkiem, i wszystkimi pracownikami. Całe Providence naprawdę bardzo wiele dla niego znaczyło. Gdy już nic mu nie pozostało, tutaj dostał całkiem nowe życie, prawdziwy dom, poznał wspaniałych ludzi. Jednak najbardziej cieszył się z odnalezieniem osoby, którą kochał najbardziej na świecie, kobiety, z którą chciał zostać do końca życia.
* * *
W tym samym czasie, gdy Szósty cały swój czas poświęcał na leżeniu przy ukochanej, Caesar przechadzał się razem z Piątą po bazie. Dziewczyna czuła się już zdecydowanie lepiej, wyniki badań także były dobre, więc zezwolono jej na opuszczenie skrzydła szpitalnego. Oboje starali się nie myśleć o zaistniałych problemach, tylko cieszyć wspólnie spędzanym czasem. Caesar chciał pokazać jej tutaj jak najwięcej, co było odrobinę trudne, ponieważ z powodu licznych zniszczeń, do niektórych miejsc nie wpuszczali nikogo. Na ich szczęście ciągle dostępne było najciekawsze miejsce w Providence, w którym można pogrążyć się w marzeniach, pomyśleć w spokoju. Malownicze miejsce, w ktorym trzymano większość schwytanych E.V.O. Caesar wszedł z nową koleżanką do Zoo Pupilków. Gdy tylko przekroczyli próg potężnych, mechanicznych drzwi, zobaczyli wokoło mnóstwo agentów, sprawdzających stan niektórych stworów. Na szczęście ich stamtąd nie wyproszono. Pozwolono im spokojnie przechadzać się po gigantycznej sali, symulującej naturalne otoczenie większości E.V.O zwierząt. Piąta była wprost zachwycona widokiem, czuła się wtedy jak w prawdziwym lesie, który wypełniały potężne, wysokie drzewa o szerokich koronach i jasnozielonych liściach. Podłoże pokrywała ciemniejsza trawa, gdzieniegdzie mogła sięgać aż do pasa. Jednak czegoś brakowało, nie rósł tam ani jeden kwiat. Tylko krzewy, drzewa i trawy. Kolejnym minusem było to, że gdy ktoś spojrzał w górę, z chęcią oglądnięcia błękitnego, jasnego nieba, zobaczył tylko śnieżnobiały sufit z dziesiątkami długich, neonowych lamp, rażących jasnym światłem, tego samego koloru. Cóż, w końcu to było naprawdę zwyczajne pomieszczenie o czterech ścianach, a nie cudowny, tętniący życiem las. Ale oprócz tych szczegółów, to miejsce było naprawdę wspaniałe, jeśli nikt nie przeszkadzał i nie narzucał się, można było całkowicie zapomnieć, gdzie się właściwie znajduje. Różowo-włosa z zachwytem rozglądała się wokoło, prawie zapominając o obecności Caesara. Mężczyzna szedł tuż za nią, uśmiechając się delikatnie na widok szczęśliwej koleżanki, nie myślącej w ogóle o swojej ranie, czy wielu problemach. Nagle do dziewczyny podeszło powoli małe E.V.O, podobne do wiewiórki, ale o jasnoszarych oczach, bez źrenic, mimo to, nie miało raczej problemów z widzeniem wszystkiego dookoła. Jego puszyste, ciemniejsze odrobinę od oczu futerko kusiło, aby dotknąć stworzenia i je pogłaskać. Machało delikatnie długim, puszystym ogonkiem i coraz bardziej zbliżał się do Piątej, po chwili był już tuż przed nią, stanął na dwóch łapkach, a przednimi oparł się o prawą nogę dziewczyny. Na jej twarzy pojawił się szeroki uśmiech, schyliła się i wzięła malucha na ręce. On zaczął wąchać i lizać ją delikatnie po twarzy, swoim różowym języczkiem. Dziewczyna cicho się roześmiała, podszedł do niej Caesar.
-Nie zachwycaj się, nie jest taki puszysty i milutki przez cały czas... -stwierdził cicho, głaskając delikatnie malutkie E.V.O po pyszczku.
-Jak to? -zapytała ze zdziwieniem Piąta.
-W nocy, gdy jest już ciemno powiększa swoje ciało, i jest bardzo agresywny, podobnie, gdy się zdenerwuje. -odpowiedział na pytanie, zabierając rękę z powrotem.
-Nie wygląda na groźnego, jest przeuroczy. -stwierdziła z uśmiechem, drapiąc wiewiórkę pod brudką.
-Kiedyś sama się o tym przekonasz. -uśmiechnął się do niej szczerze.
-Kiedyś? Nie, nie mogę zostać tutaj na długo, nie przyzwyczajaj się do mojej obecności. -mruknęła cicho, wypuszczając malutkie E.V.O. Które od razu po postawieniu drobnych łapek na ziemię, odbiegło przed siebie i zniknęło między ogromnymi drzewami.
-A... jasne, przepraszam. Po prostu tak miło spędza mi się z Tobą czas... że... no wiesz... -Słowa wypowiadał z wyraźnym zakłopotaniem, nie potrafił kontynuuować, więc Piąta przerwała.
-Tak, wiem... ja z Tobą również bardzo dobrze się bawię, ale sam rozumiesz, Providence nie jest dla mnie, to nie mój dom, nie moja bajka. -stwierdziła ze spokojem, jednak wewnątrz panował chaos. Wydawało się, że jest opanowana i skupiona, jednak to były tylko pozory. Patrzyła na Caesara zniecierpliwionym już wzrokiem, gdy mężczyzna już parę chwil milczał jak grób. Po chwili jednak usłyszała jego głos.
-Jasne, w pełni rozumiem. -spuścił lekko głowę, zaczął wpatrywać się w dół, w oczy rzucało się duże zakłopotanie. Dziewczyna westchnęła, widząc to.
-Posłuchaj, ja naprawdę nie mogę tutaj zostać, doceniam twoją pomoc, ale... to nie jest mój świat, czuję się tu obco, jak jakiś odmieniec, to nie dla mnie, zrozum. -usiłowała to wytłumaczyć i poprawić Caesarowi humor. Już miała dodać coś jeszcze, jednak przerwał im głośny, przeraźliwy i mrożący krew w żyłach wrzask.



Witam wszystkich! Notka pojawia się dziś, zgodnie z terminem, jako że jestem od dzisiaj najszczęśliwszą osobą na świecie, obyło się w tym rozdziale bez jakiś większych tragedii, lecz głównie spokojna rozmowa i coś tam coś tam XDD. Życzę wszystkim miłego dnia, ja na razie się żegnam, byeee ^ ^.

PS. DD dla Andisy.

niedziela, 31 marca 2013

Rozdział 13

Położył ją na jednym z łóżek, w skrzydle szpitalnym, zrobił to najdelikatniej jak tylko się dało. Lekko się trzęsła, więc wyciągnął z szafki koc i ją okrył. Usłyszał tuż za sobą głos brata.
-Caesar, od kiedy tak się nią przejmujesz? -zapytał jakby ze zdziwieniem.
-A co miałbym zrobić? Jest w złym stanie, więc po prostu pomogłem, co w tym złego? -odpowiedział cicho, nawet nie spoglądając na brata.
-No... bo to przecież... Piąta. -przyznał to dość niepewnie, nigdy za nią nie przepadał.
-No i co z tego? Możesz mi wyjaśnić? -zapytał wyraźnie zirytowany. -Jest niby kimś gorszym od nas?! Od Ciebie?! Odpuść już sobie, wiem że za nią nie przepadasz, ale nie przesadzaj. Daj jej w końcu spokój.
-Caesar, nie będę Ci teraz mówił, co możesz, a czego nie, ale jeszcze zobaczymy. Niedługo pożałujesz, że w ogóle ją poznałeś. -Caesar zignorował całkowicie jego słowa. Zajmował się teraz nową znajomą, była w naprawdę ciężkim stanie. Przypomniał sobie o zakrwawionym bandażu, odkrył dziewczynę, odwinął z jej brzucha brudny bandaż, po czym wyrzucił go do śmieci. Z szafki wziął drugi, czysty i opatrzył ją ponownie. Sprawdził, czy nie ma innych ran, następnie usiadł obok niej na skraju łóżka. Uśmiechnął się delikatnie. Mimo tego wszystkiego, co o niej słyszał, widział w niej niewinność. Od razu można było zauważyć, że Ona potrzebuje pomocy, kogoś bliskiego, prawdziwego przyjaciela. Caesar mimo tego, że praktycznie w ogóle jej nie znał, chciał chociaż spróbować jej pomóc. Dotknął jej dłoni, była lodowata. Okrył ją dokładnie kocem. Nie miał obecnie nic innego do roboty, więc mógł zostać przy niej. Dotknął jej czoła, tak po prostu, aby upewnić się, że nie ma gorączki. Drżała lekko, więc tak sobie pomyślał. Na szczęście nie była rozpalona. Nie spuszczał z niej wzroku, jego brat przez ten cały czas stał przy drzwiach i obserwował. Widocznie coś nie pasowało mu w stosunku Caesara do Piątej, ale wolał się nie odzywać, to i tak nic by nie dało. Jego brat zawsze był uparty, nie miał zamiaru teraz odpuścić. Postanowił sobie, że jej pomoże, a przynajmniej spróbuje. Nie poddawał się, gdy coś sobie już postanowił. Po dłuższym czasie zobaczył, że Piąta się budzi. Uniosła delikatnie powieki i spojrzała w stronę Caesara. W jej oczach widać było wyraźnie strach i niepewność. To miejsce i wszyscy ludzie, byli dla niej przecież całkowicie obcy. Rex dobrze wiedział, że jego brat lubi pomagać ludziom, ale nie rozumiał, dlaczego z tych wszystkich ludzi, którzy obecnie potrzebowali pomocy, wybrał właśnie ją. Musiał widzieć w niej coś niezwykłego. Zaczął nawet myśleć, że dziewczyna spodobała się Caesarowi. Spróbował pozbyć się tej myśli. Od samego początku nie darzył Piątej sympatią, mimo to, że kiedyś uratował ją przed upadkiem do krateru wypełnionego wrzącą lawą. Jednak gdyby ktoś zapytał, dlaczego jej aż tak nie lubi, nie potrafiłby na to odpowiedzieć, jego nienawiść była więc niewyjaśniona.
Caesar uśmiechnął się do dziewczyny, po czym spokojnym głosem odezwał się.
-Jak się czujesz? -zapytał z troską. Ona nie odwzajemniła uśmiechu, nie była w stanie, poza tym, czuła się w tym miejscu dosyć niepewnie.
-D... Dobrze... -zawahała się.
-Ej, nie bój się, przecież tu nic Ci się nie stanie, nie jesteśmy twoimi wrogami, naprawdę nie musisz się nas bać. -powiedział widząc niepewność dziewczyny.
-Wiem, ale to dla mnie obce miejsce, a poza tym, jestem po prostu słaba i zmęczona, wybacz. -mimo tego, że Caesar naprawdę próbował udzielić jej pomocy, Ona nie miała jak na razie zamiaru się przed nim otwierać. Znała go niecały dzień, absolutnie nic o nim nie wiedziała, nie ufała mu.
-Zapytałem tylko, jak się czujesz? Chyba tego ukrywać przede mną nie musisz. -uśmiechnął się do niej delikatnie. Ona nawet na niego już nie spojrzała, zachowywała powagę, nie można było zauważyć na jej twarzy nawet najsłabszego uśmiechu. Gdy Caesar to zobaczył, również od razu spoważniał. -Proszę, porozmawiajmy, wiem, że mnie praktycznie nie znasz, masz pełne prawo mi nie ufać, ale proszę, przynajmniej spróbuj.
-Proszę Cię, daj mi na razie odpocząć. Jestem zmęczona. -opuściła delikatnie powieki.
-No tak... jasne, przepraszam. Fakt, ledwo się obudziłaś, a ja już z takimi rzeczami wyskakuję. Przepraszam, może sobie już pójdę, i dam Ci w końcu święty spokój.
-Nie, nie idź... -wtrąciła się szybko.
-jak to? -zapytał z niemałym zdziwieniem.
-Gdy zostanę sama, będę bała się jeszcze bardziej, co prawda, nie mam ochoty na żadną rozmowę, ale przynajmniej ze mną tutaj posiedź. Oczywiście... jeśli nie masz nic innego teraz do roboty. -spojrzała na niego niepewnie. To widocznie ucieszyło Caesara. Uśmiechnął się do niej szeroko. Chciał dotknąć jej dłoni, jednak Ona na to nie pozwoliła, zabrała ją szybko.
-Co ty robisz? -zapytała, patrząc na niego.
-Ym... ja... p... przepraszam. Tak tylko chciałem... przepraszam... -zaczął się jąkać.
-Dobrze, dobrze, przestań już przepraszać. -oboje po chwili usłyszeli cichy śmiech, rozpoznali głos Rexa. Caesar spojrzał na brata.
-Czego Ty tutaj jeszcze szukasz? Nie masz nic innego do roboty?
-Coś by się pewnie znalazło, ale nawet miło jest popatrzeć się i pośmiać z Was. A zwłaszcza z tej różowej idiotki. -Rex zachowywał się w tym momencie inaczej niż zwykle, nie przepadał za Piątą, ale przecież nigdy tak się na jej temat nie wyrażał, ani nie wyśmiewał jej, czy brata. Coś było nie tak, jak powinno. Ta obelga zabolała Piątą, jednak Ona starała się to ukryć.
-Nie mów tak o niej! -Caesar był już wyraźnie zdenerwowany.
-Bo co? Zakochałeś się? -znów parsknął śmiechem.
-Nie, ale nie masz prawa mówić o niej takich rzeczy. -próbował się jakoś z tego wytłumaczyć.
-Ojej, przepraszam braciszku, nie bij, bo się chyba zaraz popłaczę. -stwierdził sarkastycznie.
-Rex, przestań. -usiłował go uspokoić.
-Nie, dobrze się przy tym bawię. -nie miał najmniejszego zamiaru odpuścić. Najgorsze w tym wszystkim było to, że nikt inny nie zwracał w ogóle uwagi na jego zachowanie i całą tę dyskusję.
-Zamknij się w końcu! Wyjdź! Już! -zdenerwował się już nie na żarty.
-Ohohoo... Czaruś się już denerwuje? -jeszcze nie dawno był załamany z powodu złego stanu zdrowia brata, a teraz zwyczajnie się z niego wyśmiewał.
-Nie mam zamiaru się teraz z Tobą użerać. -odwrócił się z powrotem w stronę Piątej.
-Nie martw się, nie zwracaj na niego uwagi. -różowowłosa próbowała uspokoić mężczyznę. Rex, znudzony już trochę tą zabawą, wyszedł z pomieszczenia. Caesar nie miał pojęcia, co wstąpiło w jego brata. Zawsze zachowywał się dobrze, zwracał się do innych z szacunkiem, nigdy nie pyskował. Jednak nie było teraz czasu, aby się nad tym zastanawiać.
Szósty nie wierzył, że to się tak łatwo skończyło i domyślał się, że to jeszcze nie jest koniec. Siedział cały czas przy Rebecce, nie puszczał jej dłoni. Lekarze kazali mu wyjść ze skrzydła szpitalnego, ponieważ tym, że nie chciał odejść od Rebecci ani na krok, przeszkadzał w opatrywaniu jej. Upierał się, nie miał zamiaru jej teraz zostawiać. Lekarze w końcu postanowili załatwić to inaczej. Wezwali agentów, aby wyprowadzili stamtąd Szóstego. Udało się. Mężczyzna nie miał już wyboru, wiedział dobrze, że opatrywanie Rebecci zajmie bardzo dużo czasu, z powodu licznych, głębokich ran, niewykluczone również, że wdało się jakieś zakażenie. Mężczyzna musiał zająć się czymś innym, ale nie przestawał o niej myśleć. Po krótkim czasie zorientował się, że nie można było w ogóle skontaktować się z Białym. Powinien złożyć teraz szefowi raport, ale nie mógł się z nim połączyć. Zaniepokojony postanowił, że sprawdzi, co się dzieje. Pospiesznym krokiem ruszył w stronę jego biura. Z łatwością przekroczył próg zwykle strzeżonych drzwi. Nie zauważył go siedzącego za biurkiem, niepewnie podszedł bliżej. Zajrzał za biurko, tuż po tym przeraził się i znieruchomiał. Obok krzesła leżało ciało Białego, całe poszarpane i zakrwawione. Miał zamknięte oczy. Szósty ukucnął przy nim i sprawdził puls. Nie wyczuł kompletnie nic. Ciało przyjaciela było zimne i sztywne. Już od dłuższego czasu był martwy. Szósty spuścił lekko głowę.
-Biały... -mruknął cicho pod nosem. Od dawna byli naprawdę dobrymi przyjaciółmi, co prawda ich relacje nie były jeszcze niedawno tak dobre, jak kilka lat temu, ale to nie oznaczało, że nie łączyła ich już przyjaźń. Był szefem całego Providence, zostawił teraz wszystko, tych wszystkich ludzi. Szósty nie mógł w to uwierzyć, wydawało mu się to po prostu nie możliwe.


Kolejny rozdział gotowy. Po pierwsze przepraszam, ponieważ mówiłam, że notki o Szóstym będą w piątki, i faktycznie miałam taki zamiar, jednak przed świętami było niemało roboty. W ciągu dnia byłam naprawdę zajęta, a wieczorem zbyt zmęczona na cokolwiek. Dzisiejsza notka nie jest zbyt długa, ale myślę, że spodoba się większości. Zapraszam gorąco jutro, na kolejny rozdział w Pamiętniku Piątej. Dziś specjalna dedykacja dla Kimiko. Pozdrawiam ^ ^".

sobota, 23 marca 2013

Rozdział 12


Szósty i Rex chcieli jak najszybciej uwolnić Rebeccę. Dla ich obu była bardzo ważna, jednak nie mogli przecież po prostu jej szukać w momencie, gdy pilnowała jej bestia, a oni byli zmęczeni i słabi. Nie było warto nawet ryzykować, mogliby zapłacić za to najwyższą cenę, życie. Szósty bardziej martwił się o ukochaną i Rexa, niż o samego siebie. Mógłby za nich umierać w okropnych męczarniach. Był gotów chronić ich zawsze, w każdej sytuacji. Oboje byli dla niego jak najbliższa rodzina. Z prawdziwą nie utrzymywał żadnych kontaktów, nie wiedział co się u nich dzieje, nie był pewny nawet tego, czy jeszcze żyją. Pamiętał tylko swoje ostatnie słowa, tuż przed tym, gdy odchodził "Nie chce Was znać! Kiedyś wszystkich Was tu pozabijam! WSZYSTKICH!!". Wyszedł po tym z domu i do tej pory nigdy nie wrócił. Nie dotrzymał nawet powiedzianego słowa, nie wrócił tam i nie zamordował nikogo. Zaczął szkolenie u Pierwszego na najemnika. Bardzo często żałował słów, które wypowiedział członkom najbliższej rodziny prosto w twarze. Jednak niczego nie można było cofnąć. Co się stało, to się już nie odstanie. Bardzo późno zrozumiał, co jest w życiu najważniejsze. Stanowczo za późno. To rodzina, przyjaciele, i ukochana osoba naprawdę liczą się w życiu, a nie pieniądze, władza, czy zemsta. Zrozumiał to wszystko tak naprawdę dzięki Rebecce. Gdy zaczęło mu na niej zależeć. Całkowicie się zmienił. Był prawie nie do poznania. Gdyby dawniej ludzie, którzy go bardzo dobrze znali, powiedzieliby że stanie się w przyszłości uczciwym, dobrym, uczynnym, kochającym i sprawiedliwym człowiekiem, po prostu wszyscy by się roześmiali. Nigdy nie pokazywał, co tak naprawdę czuje do Rebecci, bardzo dobrze maskował każde uczucie. Na zewnątrz panował spokój, ale wewnątrz kłębiło się mnóstwo mieszanych uczuć. Na początku zaledwie się w niej podkochiwał, uczucie miłości nasiliło się, gdy oboje sobie to wyznali, a On poczuł prawdziwe znaczenie słowa „miłość”. Wtedy czuli, że mogliby zrobić dla siebie dosłownie wszystko. Było to prawdziwe uczucie. Darzył nim Rebeccę od dłuższego czasu, jednak nie miał odwagi wcześniej jej tego powiedzieć. Bał się odrzucenia. Ale gdy było już po wszystkim... Gdy powiedział jej prosto w oczy, co czuje... trudno opisać tę ulgę. Czuł się, jakby ściągnięto mu z nadgarstków stalowe kajdany. Jakby skamieniałe serce uwolniło się od ciężkiej powłoki. A teraz, nie ważne co by się stało, nigdy by się nie poddał, zwłaszcza, gdy chodziło by o Rebeccę. Był gotów walczyć o nią do samego końca, nawet wtedy, gdy był na sto procent pewien porażki. Zawsze chciał być przy niej, by pocieszyć, przytulić, pomóc. W tym momencie martwił się o nią bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej. Szczerze, wolałby być teraz na jej miejscu. Aby to coś dopadło jego, a nie ją.

Szedł razem z Rexem przez ciemny, bardzo wąski korytarz. Usiłowali znaleźć kogokolwiek do pomocy. Jednak nie mieli żadnej pewności, co do tego, czy ktoś tu jeszcze w ogóle żyje. Przecież nie było to wykluczone. Woleli jednak nie myśleć negatywnie. Już kilka razy się zgubili, ale na szczęście zdołali odnaleźć się po dłuższym czasie. Oboje znali bazę bardzo dobrze, każdy najmniejszy korytarz był im bardzo dobrze znany, jednak w tej sytuacji to nie pomagało ani trochę. Skoro nie wiedzieli nawet do końca, gdzie obecnie dokładnie się znajdują, trudno im było określić, w którym kierunku się przemieszczają. Nie odzywali się do siebie ani słowem, szli w ciszy i skupieniu. Kto wie, za każdym rogiem mogło czyhać niebezpieczeństwo. Byli zdezorientowani, przerażeni i zdenerwowani. Rex nie ukrywał tego, w przeciwieństwie do Szóstego. Ten mężczyzna zawsze doskonale maskował uczucia, w każdej sytuacji. Nie był jednak w stanie robić tego tylko przy jednej osobie. Przy Rebecce. Przy niej nie potrafił nic ukrywać, żadnych sekretów, uczuć. Mogłaby to wykorzystać i wyciągnąć z niego wszystko o jego przeszłości, wszelkie jego tajemnice. Jednak nie była taka okrutna. Ufała mu bezgranicznie, z wzajemnością. Nie nadużywała tego. Nie chciała nic popsuć, ani nie wykorzystywać tego, że nie potrafi przy niej nic ukrywać. Szanowała to, że każdy człowiek ma prawo do tajemnic.

Po krótkiej wędrówce, za rogiem zobaczyli na ziemi niewielki strumień krwi. Spojrzeli po sobie i poszli dalej. Zaledwie po kilku krokach, zobaczyli nieprzytomnego Caesara. Rex przeraził się jeszcze bardziej, natychmiast podbiegł do brata. Szósty również ukucnął obok. Nastolatek sprawdził puls brata. Był ledwo wyczuwalny.

-Szósty... -jęknął.

-Tak? -zapytał mężczyzna, spoglądając w stronę Rexa.

-On... On nie umrze, prawda? -widoczne było wielkie zmartwienie.

-Nie, nie bój się. Nawet tak nie mów. Wszytko będzie w porządku, zaufaj mi. -z wyraźną troską.

-Ale... co się mogło stać? Czy... czy to możliwe, że właśnie to coś mogło go dopaść? Powiedz... -chłopak miał już w oczach łzy, nie chciał nawet myśleć, że jego brat mógłby umrzeć. Tak po prostu odejść i go zostawić. Mimo wszystko Rex był bardzo podatny na zdanie brata. Nie wyobrażał sobie życia bez niego. Przecież miał teraz tylko Caesara. On był jego jedyną prawdziwą rodziną. Nie chciał go tracić.

-To nie jest wykluczone, nie wiemy co tu się naprawdę stało, ile tego jest, i kogo dopadło. Bądź dobrej myśli, najważniejsze jest to, że jeszcze żyje i nie ma ciężkich ran. Nie bój się. -Nagle usłyszęli cichy, kobiecy jęk. Szóstemu ten głos wydał się znajomy. Unieśli głowy i poświecili latarką przed siebie, kompletnie ich zamurowało. Na ziemi leżała Piąta, zwijając się z bólu. Szósty natychmiast się do niej zbliżył. Dziewczyna była cała podrapana, poszarpana i zakrwawiona. Od razu można było się domyśleć,  że nie była to zwyczajna sprzeczka lub przepychanka. Była przytomna, ale bardzo ciężko ranna. Wokół niej ciągle powiększała się kałuża ciemnej krwi. Nachylił się nad nią ostrożnie, dotknął jej zimnej dłoni, bezwładnie leżącej na brzuchu.
-Piąta, co Ty tutaj do cholery robisz? -zapytał niezwykle zdziwiony, ale spokojny
-Wyjaśnię Wam wszystko, ale nie teraz... proszę, pomóż mi. -wydusiła.
-Niby dlaczego mielibyśmy Ci pomagać? -wtrącił się nastolatek, który ciągle siedział przy bracie.
-Błagam... chociaż ten jeden raz... Szósty. -spojrzała na niego błagalnym wzrokiem. Po czym syknęła cicho z bólu i zwinęła się w kłębek łapiąc mocno za rozcięty brzuch. Widać było, że nie miała złych zamiarów, a nawet jeśli, nie dałaby przecież rady walczyć. Była zbyt słaba, ledwo się ruszała. Potrzebowała natychmiastowej pomocy. Chłopaków bardzo interesowało to, co robiła w pracowni Caesara. jednak postanowili odłożyć to na później, na razie nie było na to czasu. Dawniej Piąta i Szósty byli najlepszymi przyjaciółmi, a to, że Szósty jest teraz w Providence, nie musiało znaczyć przecież, że mieli zostać śmiertelnymi wrogami.
Mężczyzna dotknął dłoni różowowłosej, delikatnym ruchem zdjął ją z jej brzucha,odkrywając dużą, głęboką ranę ciętą. Dziewczyna jęknęła cicho z bólu. Miała już w oczach łzy. Spojrzała w jego stronę.
-Rex, poszukaj jakieś apteczki, nie możemy jej tak zostawić. -rozkazał.
-Ale... -nastolatek próbował się wymigać, ale Szósty nie dał mu nawet dokończyć zdania.
-Rex, już. -rozkazał już widocznie zniecierpliwiony. Rex z niechęcią wstał z podłogi, zaczął świecić naokoło latarką i biegać po pracowni brata. Było coraz mniej czasu. Piąta mogła wykrwawić się w każdej chwili. Każda sekunda miała w tej sytuacji duże znaczenie.
-Mam! -krzyknął po chwili nastolatek. Od razu pobiegł w stronę Szóstego, podał mu apteczkę. On wyjął z niej jeden z bandaży, zaczął opatrywać Piątą. Gdy tylko ją dotknął, dziewczyna jęknęła głośno z bólu i się skuliła.
-Piąta, uspokój się, przecież muszę Cię opatrzyć, w przeciwnym razie umrzesz, rozumiesz? -Szósty próbował jej przemówić do rozsądku.
-Ale... to boli... -wydusiła z wielkim trudem. Nie dawała sobie rady z tak okropnym bólem.
-Za chwilę będzie po wszystkim, dawałaś sobie radę w gorszych sytuacjach. -usiłował ją uspokoić. Dziewczyna się uspokoiła, niecierpliwie czekała aż Szósty skończy. Ból nie ustępował, ciągle cierpiała. Zawsze była silna, nie lubiła się poddawać, w każdej sytuacji walczyła do końca. Zwycięstwo było dla niej najważniejsze, nie ważne za jaką cenę. Jedyna i zarazem największa jej porażka była wtedy, gdy usiłowała pokonać Czwartego, Treya i Dosa, a następnie stać się numerem jeden. Skończyło się to tragicznie, przez ponad pół roku leżała nieprzytomna w szpitalu. Zniechęciło ją to do wielu rzeczy, przed długi czas nie chciała wykonywać zleceń, nie wychodziła nawet z pokoju. Do nikogo się nie odzywała. Czuła się wtedy upokorzona. Był to ogromny błąd, którego nie mogła już cofnąć. Po tym nigdy już nawet nie próbowała walczyć ponownie. Po kilku tygodniach milczenia i samotności, wróciła do swojego dawnego trybu życia. Każdy uczy się przecież na błędach, są one w życiu nieuniknione, ale Ona nigdy sobie tego nie wybaczyła.
Gdy Szósty skończył opatrywanie, pomógł jej wstać.
-W porządku? -zapytał troskliwie.
-Chyba tak... mniej więcej, c... co tu się dzieje tak w ogóle? -spytała ciekawsko.
-Wyjaśnię później, powiedz lepiej, skąd się tu wzięłaś? -chciał wykorzystać tę chwilę, aby dowiedzieć się tego.
-Ym... proszę, odłóżmy tę rozmowę na później, nie chcę teraz o tym rozmawiać.
-Zgoda, ale nie wymigasz się od wyjaśnień.
-A tak w ogóle, gdzie Twoja księżniczka? -dziewczyna zmieniła temat, zauważając że nie ma tu Rebecci. -w takich sytuacjach nigdy w życiu nie zostawiłbyś jej samej. -dodała po chwili.
-Tak, właśnie w tym problem, to coś, co najprawdopodobniej dorwało Ciebie, porwało Rebeccę. Szukamy jej, ale potrzebujemy pomocy, nie damy sobie we dwójkę rady. Pomożesz?
-Szósty, ledwo stoję na nogach, prawie się wykrwawiłam, mam wrażenie jakbym zaraz miała paść, ale... pomogę Wam. W końcu, Ty uratowałeś mnie, jestem Ci winna przysługę.
Na twarzy Szóstego pojawił się nikły uśmiech. Po chwili usłyszeli głos Rexa.
-Szósty...Caesar, chyba już się budzi. -Piąta i Szósty odwrócili się w stronę nastolatka, usłyszeli po chwili cichy jęk Caesara. Po chwili otworzył szeroko oczy i gwałtownie się podniósł. Ciężko i głośno oddychał, rozglądnął się wokoło.
-Co...co się stało? -spojrzał na brata.
-Spokojnie Hermano, już w porządku, ale musimy jeszcze ratować Holy i naprawić to wszystko.
-Ale... co się stało? Pamiętam tylko że pracowałem, nagle zgasło światło, odwróciłem się i poczułem okropny ból, jakby ktoś uderzył mnie w głowę. -spojrzał po chwili podejrzliwie w stronę Piątej -a Ona co tutaj robi? -Szósty się wtrącił:
-Nie ma teraz czasu na wyjaśnienia, pogadamy o tym wszystkim później. Mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie, gotowi? -Piąta i Caesar spojrzeli po sobie.
-Żartujesz?! -wykrzyknęli w tym samym czasie. Szósty westchnął cicho.
-Tak, wiem. Przed chwilą byliście prawie martwi, ale proszę Was, musimy ratować Rebeccę i naprawić ten cały bałagan. Piąta, mówiłaś że pomożesz.
-No tak... -cicho westchnęła i spuściła głowę.
-No chodźcie, może nawet teraz męczy się i umiera! Nie chcę stracić osoby którą kocham!
-Słodko Kotuś, ale bez broni nic tu nie zdziałamy. Nawet z tymi twoimi mieczykami, czy żałosnymi maszynkami tego dzieciaka. Idziesz tam ratować swoją laskę, czy popełniać samobójstwo? Bo jak na razie, wygląda mi to na tę drugą opcję.
-A Twoja gitara? Czy... sztylety? -zapytał z nadzieją.
-Gdybym jeszcze je miała, nie odzywałabym się nawet na ten temat. Spójrzmy prawdzie w oczy, nawet we czwórkę nie zdziałamy tu niczego bez żadnej broni, przecież nie wmaszerujemy sobie tam spokojnie bez niczego, licząc na cud. Cudów nie ma Kotku, albo wchodzimy tam uzbrojeni i wygrywamy, albo wszyscy zostajemy zamordowani. Z jednym ostrzem nie zdziałasz nic, dobrze o tym wiesz. A może zapomniałeś już najważniejszej zasady? Poza tym, jak chcesz ją niby znaleźć? Ten budynek jest ogromny. -każde słowo wymawiała z wielkim trudem, ciężko jej się oddychało. Ciągle czuła piekący ból. Każde kolejne słowo sprawiało jej coraz większą trudność.
-Rebecca ma nadajnik, gdy zaczynała tu pracę, wczepili jej go w szyję. Ale ona o tym nie wie, nigdy by się na to nie zgodziła. Ale żeby odebrać sygnał z nadajnika, potrzebnejest zasilanie w bazie, można odczytać dane tylko przez główny komputer.
-Jasne... świetnie. A jak chcesz przywrócić zasilanie?
-O to się już nie martw, poradzimy sobie. -mimo wszystko Szósty spuścił głowę, czas był tym, czego najbardziej im brakowało. Piąta miała jednak trochę racji, nie mogli ruszyć na ratunek bez porządnego przygotowania. Spojrzał w stronę dziewczyny. Nie ukrywała ona żadnych emocji, nawet nie próbowała. Na pierwszy rzut oka było widać strach, zakłopotanie i bezradność.
-Dobra, zdobędziemy broń ale później jak najszybciej ją ratujemy! Nie ma czasu, każda sekunda się liczy, gdybym był tu sam, i wiedział gdzie Ona jest, nie zwracałbym nawet uwagi na brak broni czy zmęczenie. Od razu biegłbym do niej jak najszybciej.-Nastolatek słysząc słowa Szóstego, podszedł do niego bliżej.
-Wtedy mówiłeś coś innego. Że nie możemy iść tam od razu pod żadnym pozorem, że trzeba się najpierw przygotować.
-Mówiłem tak tylko ze względu na Ciebie.
-Co? Jak to? -zawahał się, nie rozumiał do końca o co chodzi.
-Nie będę się teraz tłumaczył, później sobie to wszystko wyjaśnimy.-Mężczyzna ominął Rexa nawet na niego nie spoglądając. Powoli zaczął oddalać się w stronę ledwo widocznych drzwi, znikając w ciemności. Pozostała trójka czuła niesamowite przerażenie, pospiesznym krokiem ruszyli za Szóstym.
* * *
Rebecca ledwo żyła, krwawiła coraz bardziej. Jej skóra była poszarpana i pogryziona. Zwijała się z bólu mimo tego, że ledwo mogła się ruszać. Potwory dały jej na jakiś czas spokój. Leżała całkiem sama w ciemnym pomieszczeniu. To był jednak jej najmniejszy problem, modliła się, aby ktoś ją jak najszybciej uratował. Gdy opuszczała powieki, widziała przed sobą twarz swojego ukochanego. Za każdym takim razem mimowolnie płynęły jej łzy z oczu.
-Kochanie... -popłakała się jeszcze bardziej. Nie mogła znieść bólu fizycznego, jak i psychicznego. Bolała ją każda część ciała, jednak jeszcze bardziej bolesna była dla niej tęsknota za swoim ukochanym. Nie mogła przestać o nim myśleć. Ciągle miała nikłą nadzieję że Szósty za chwilę ją znajdzie i uratuje z tej okropnej sytuacji. Nie chciała teraz umierać, bała się śmierci. Chciała być z powrotem bezpieczna w ramionach Szóstego. Leżała tak bardzo długo, nie była pewna nawet godziny i pory dnia. Czas okropnie się jej dłużył, miała wrażenie, jakby leżała tuta już całe wieki. Bardzo mocno zaciskała powieki, nie chciała otwierać oczu, za bardzo się bała. Była w ciężkim szoku. To najokropniejsze chwile w całym jej życiu. Nie mogła się uspokoić, było to dla niej stanowczo za dużo. Słyszała już tylko cichy szum w głowie i dźwięk iskier pojawiających się przy rozszarpanych kablach i innych sprzętach. Na podłodze rozlana była jakaś dziwna, lepka substancja, nad którą unosił się bardzo niemiły zapach. Rebecca musiała to wytrzymać, nie miała innego wyboru. W tej sytuacji nie mogła poddawać się takim rzeczom. Jednym plusem było to, że przynajmniej te bestie gdzieś zniknęły i jak na razie dały jej święty spokój. Wydawało jej się, że skądś zna te istoty, ale do końca nie wiedziała skąd. Zdołała unieść bardzo delikatnie ciężkie powieki. Nerwowo rozglądnęła się wokoło, zobaczyła tylko ciemność, żadnych krwisto-czerwonych oczu. To oznaczało, że jest tutaj sama. Odetchnęła głęboko z wyraźną ulgą. Zaraz po tym zaczęła cicho kaszleć, każdy oddech sprawiał jej trudność. Nie mogła nic z tym zrobić, ani zatamować krwawienia, opatrzyć ran. Czuła bardzo dziwny niepokój, jakby za chwilę miało się coś stać, coś ważnego. Lecz niekoniecznie miłego. Zamknęła z powrotem oczy. Już miała zamiar się poddać, cała nadzieja po prostu zniknęła, jakby nigdy nie istniała. Nie było już nawet małej iskierki w sercu. Była pewna tego, że za chwilę umrze. Gdy nagle stało się coś, co przywróciło jej wszystkie siły.
Gdy już straciła nadzieję na jakikolwiek ratunek, gdy chciała już się poddać, gdy nadzieja już całkowicie zniknęła. Gdy była już całkowicie pewna śmierci, stało się coś, co rozpaliło w jej sercu iskrę nadziei, pozwalając na skupienie się i uspokojenie. Nagle zapaliło się światło, Rebecca zobaczyła nad sobą śnieżnobiały sufit. Podłoga była jednak zabrudzona krwią i innymi różnymi substancjami. Rebecca ujrzała róznież w kącie pomieszczenia poszarpane, ludzkie wnętrzności i niewielki stosik kości. Przeraziła się na ten widok, ale jednocześnie była zadowolona z tego powodu, że nie spotkało to jej. Głęboko odetchnęła. Nie była nawet świadoma tego, że przez cały ten czas wdychała trujące opary, które uwolniły się pod wpływem stłuczenia wielu fiolek zawierających śmiertelnie trujące substancje, wszystkie zmieszały się, tworząc płyn o zgniło-zielonym kolorze, który był widoczny na całej podłodze. To właśnie nad nim unosił się okropny zapach.
Ciało Rebecci było pogryzione, poszarpane i podrapane. Ruszyła ręką w górę, chwyciła się niewielkiej półki przytwierdzonej do ściany i usiłowała się podnieść. Przyszło jej to z wielkim trudem, ledwo chwyciła się i spróbowała wstać, a jej mokra od potu i krwi dłoń ześlizgnęła się z półki, a tuż po tym Rebecca spadła z powrotem na plecy. Już później nawet tego nie próbowała. Liczyła na to, że skoro jest już zasilanie, to ktoś już niedługo ją znajdzie i wyciągnie z tych kłopotów. Musieli przecież sprawdzić, co jest uszkodzone i czy ktoś nie leży prawie martwy, tak jak Ona. Nagle usłyszała liczne kroki, ulżyło jej. Odetchnęła głęboko z wyraźną ulgą. Pojawił się na jej twarzy nikły uśmiech. Na reszcie po tych wszystkich cierpieniach otrzyma pomoc. Kobieta czekała cierpliwie leżąc nieruchomo. Po krótkiej chwili zobaczyła nad sobą Szóstego, Rexa, Caesara, Piąta i Kapitana Callana z trójką agentów. Wszyscy byli uzbrojeni. Na widok Szóstego Rebecca ucieszyła się najbardziej. On uklęknął przy niej.
-Rebecca, skarbie... -nie powiedział już nic więcej, przytulił ją tylko mocno. Ona ignorując kompletnie jakikolwiek ból wtuliła się w niego i zaczęła płakać głośno. Pobrudziła mu krwią ubranie. On przeczesywał dłonią jej włosy i kołysał delikatnie, ciągle mocno przytulając. Ucałował ją w policzek. Po chwili oboje usłyszęli głos Piątej.
-Ale... gdzie ten... Potwór? -zapytała ciekawsko.
-Jak widać, dał sobie spokój. -przyznał Szósty z wielkim spokojem i ulgą.
-Szósty, żartujesz sobie? Nie wstarczy włączyć światła, aby zabić taką bestię.
-Proszę, nie rozmawiajmy o tym teraz. Jeśli się pokaże, będziemy walczyć, jeśli nie, to trudno.
-Jasne. -dziewczyna odeszła kawałek na bok. Przez liczne, ciężkie rany, głównie w dolnych okolicach brzucha, bioder, czy klatki piersiowej, zrobiło jej się słabo. Zakręciło jej się mocno w głowie. Próbowała dojść do najbliższej ściany, aby się o nią oprzeć, jednak nie  dała rady. Gdy była przed Caesarem, straciła władzę w nogach, jakby ich w ogóle nie miała, nagle wszystko się jej rozmazało a Piąta spadła prosto na niego.
-P... przepraszam -wydusiła z siebie. Caesar ją złapał.
-Nic nie szkodzi, nie przejmuj się. -mężczyzna przytrzymał ją chwilę i zaprowadził pod najbliższą ścianę. -siadaj i odpocznij. -zaproponował troskliwie. Uśmiechnął się do niej delikatnie. Nie byli co prawda przyjaciółmi, ale to przecież nie znaczyło, że nie mogli sobie pomóc. Poza tym, Caesar zawsze był miłym, spokojnym i pomocnym człowiekiem. Nie znał Piątej, widział ją pierwszy raz w życiu, ale słyszał na jej temat różne opowiadania, niekoniecznie miłe. Z tego wszystkiego co słyszał, wiedział że jest chytra, sprytna i przebiegła, nie zbyt chętna do pomocy ludziom. Wszyscy przedstawiali ją jako kobietę myślącą tylko o sobie i własnych potrzebach. On sam widział w niej dobroć i niewinność. Według niego nie była wcale zła. Obecnie nie miała złych zamiarów, nie walczyła z byle jakiego powodu. Nie chciała śmierci żadnego z obecnych tutaj osób.
Oparła głowę o ścianę, zamknęła oczy. Wszyscy w pomieszczeniu mogli usłyszeć jej głośny, ciężki oddech. Bandaż, którym wcześniej owinięto jej brzuch, był już cały nasiąknięty krwią. Nie dawała sobie rady z taką dużą raną. Jej ciało było na to zbyt słabe. Ciężki bandaż zaczął jej dokuczać, dlatego go odwinęła i odłożyła gdzieś na bok. Po tym, z rany od razu zaczął wypływać szeroki strumień krwi, w bardzo krótkim czasie utworzyła się wokół niej krwista kałuża. Nagle usłyszała Caesara.
-Ej, co ty robisz? -podszedł do niej od razu, gdy tylko to zauważył.
-Nie mogę dłużej... boli... -przyznała bardzo cicho.
-Wiem, jesteś ranna. Jestem świadomy tego, że odczuwasz ból, ale nie możesz zdejmować opatrunku. Jeśli nie zatamuje się krwawienia, możesz niedługo umrzeć. -z wyraźną troską.
-No i co? Nikt nie będzie tęsknił. Przecież już powinnam być martwa, to bez sensu. -zrezygnowanym głosem. Miała już wszystkiego dosyć.
-Przestań tak mówić, posłuchaj mnie, nie znam Cię dobrze, prawie w ogóle, ale nie pozwolę na to, żebyś teraz zginęła. Każdy zasługuje na życie. -przez ten czas próbował z powrotem owinąć jej ranę bandażem, jednak ona odpychała go dłonią. On nie zaprzestał, w końcu Piąta tak bardzo zasłabła, że przestała się sprzeciwiać, opadła bezwładnie i pozwoliła na to. Caesar opatrzył ją nasiąkniętym bandażem. Musiał założyć go z powrotem, nie było wyboru. Czyste opatrunki mogli pozyskać dopiero w skrzydle szpitalnym, a Ona nie mogła iść tam z otwartą raną. Zanim by tam dotarli, ona już dawno wykrwawiła by się i zginęła w cierpieniach.
Piąta drżała bardzo mocno. Gdy Caesar skończył, położył jej głowę na swoich kolanach, odgarnął delikatnym ruchem dłoni kilka kosmyków jasno-różowych włosów z jej czoła. Ona po raz pierwszy w życiu poczuła się naprawdę bezpieczna i szczęśliwa. Dotknęła dłonią swojego brzucha. Uniosła głowę i spojrzała na Caesara. Dostrzegła szczery i życzliwy uśmiech. Nie była jednak w stanie tego odwzajemnić. Ułożyła głowę wygodnie na jego kolanach. Zamknęła oczy. Przestawała powoli kontaktować. Słyszała bardzo cicho jakąś rozmowę, jednak nie odróżniała słów. Po chwili straciła całkowicie przytomność.
W tym samym czasie Szósty zajmował się Rebeccą. Nie zwlekał, cenna była każda sekunda. Wziął ją na ręce, nie zwracając uwagi na ciągłe niebezpieczeństwo ruszył od razu w stronę skrzydła szpitalnego. Tuż za nim pomaszerował Rex z Kapitanem Callanem i agentami. Caesar rozejrzał się po pomieszczeniu dosyć niepewnie i podejrzliwie. Po kilku chwilach sam podniósł się z podłogi. Wziął Piątą na ręce, była bardzo lekka. Ruszył od razu za pozostałymi osobami.

Więc witam po długiej przerwie! Tak, wracam już do regularnego pisania, już wiecie, że nowym projektem, był nowy blog, a poświęcałam na niego tyle czasu, bo musiałam pisać notki na zapas, inaczej nie wyrobiłabym się z wszystkimi blogami. Notki o Szóstym będą w piątki, natomiast o Piątej, w poniedziałki, postanowiłam sobie już. Wiem, że rozdział jest strasznie długi, ale mam nadzieję, że wam się podoba i nie zanudziliście się na śmierć. I jeszcze jedno, jako że przy wczorajszym prologu zapomniałam podziękować Dyźkowi za to, że wykonał dla mnie ten piękny, słodziaśny, różowy szablon, dziękuję mu serdecznie teraz, i dedykacja specjalnie dla niego ;***.

piątek, 8 lutego 2013

Krótka informacja

Witam wszystkich, pisze ta notke z iPoda mojego taty, dlatego tez mogą nie pojawiać sie polskie znaki. Chciałabym poinformować tylko ze powoli wyrabiam sie z projektem i możliwe iz wystartuje z nim już w przyszłym tygodniu a co sie z tym wiąże? Oczywiście nowa nitka tutaj. Niektórzy wiedza ze mam problemy z komputerem, i dlatego mogę pisać raz tylko w zeszycie, jednak przypisanie tego wszystkiego nie powinno zając mi dużo czasu. Cieszę sie rownież ze jest tyle głosów na tak w sprawie moich rysunków i nowego bloga. Konto na deviantarcie miałam, póki moje genialne rodzeństwo nie postanowiło kombinować przy moim komputerze, i star konto trafił jasny szlag. Dlatego założyłam nowe. Możecie znaleźć mnie tam pod nickiem InsanisSs. Link do mojego konta pojawi sie rownież tu, na blogu. Jednak na razie będę mogła wysyłać jedynie zdjecia moich rysunków robione zwyczajnie aparatem, dlatego tez nie jestem pewna co do jakości, ale myśle ze nie będzie tak zle. Jak na razie to tyle co miałam do powiedzenia, jeśli będę miała coś jeszcze do powiedzenia to dopiero gdy naprawia mi i oddadzą laptopa lub jeśli uda mi sie znów dostać iPoda. Pozdrawiam, caluuuskiii.

sobota, 2 lutego 2013

Zainteresowani?

Większość moich znajomych wie, że interesuję się plastyką i bardzo często rysuję. Dlatego też postanowiłam założyć nowego bloga, połączonego tematycznie z tym. Ale jaki związek mają te dwie sprawy? Już tłumaczę. Otóż chodzi o to, że właśnie na tego bloga wrzucałabym zdjęcia moich prac, jednak tylko związanych z blogiem lub ogólnie, kreskówką "Generator Rex". Nie jestem jednak pewna, czy kogokolwiek to zainteresuje. (niektóre osoby mogą nawet pomyśleć sobie, że chcę się tylko pochwalić moimi rysunkami ) Dlatego przez założeniem bloga, postanowiłam założyć ankietę na ten temat. (Pasek boczny) To tyle co miałam teraz do napisania. Czekam na wasze głosy. Pozdrawiam. Na razie.

piątek, 1 lutego 2013

Rozdział 11

      Ciężko było dojść gdziekolwiek przy takich warunkach. Powoli kierowali się w stronę celu, ale coś oczywiście musiało im przeszkodzić. Przechodząc obok pewnego pomieszczenia, usłyszeli głośne krzyki kilku agentów. Nie mogli ich tak zostawić, działo się tam coś poważnego i musieli im pomóc. Szósty skinieniem ręki wskazał Rexowi na drzwi. Nastolatek od razu domyślił się o co chodzi. Wyważył drzwi takim samym sposobem jak ostatnio. Chwilę przed tym krzyki nagle ucichły. Weszli niepewnie do środka. Rebecca poświeciła naokoło latarką. Zobaczyli zakrwawione, porozrywane ciała. Rebecca wypuściła aż z ręki latarkę, która potoczyła się kawałek po ziemi i jej światło padło w kąt pomieszczenia. Im oczom ukazała się okropna, przerażająca, wilko-podobna istota. Nachylała się nad jednym z ciał i je rozszarpywała. Wszyscy cofnęli się kilka kroków. Rebeccę ze strachu sparaliżowało, Szósty widząc to objął ją w tali i przyciągnął delikatnie do siebie. Ona mocno się w niego wtuliła, mimo strachu nie mogła oderwać od tego czegoś oczu. Rex niepewnie podniósł leżącą około dwa metry od niego latarkę. Po tym cofnął się z powrotem i stanął tuż obok Szóstego. Nagle potwór oderwał się od ciała i spojrzał w ich stronę. Warknął głośno. Zaczął zbliżać się powoli, stawiając długie kroki na tylnych łapach. Po sekundzie był wystarczająco blisko aby zobaczyli ogromne, ostre jak brzytwa pazury, w pysku dziesiątki długich, pobrudzonych krwią kłów. Ciemnoczerwone oczy mówiły same za siebie, że zwierzę jest żądne krwi i ludzkiego mięsa.

-Żadnych gwałtownych ruchów. -odezwał się Szósty. Mimo prób opanowania się, nie dawał rady. Cała trójka starała się powoli i spokojnie wycofać. Jednak było już na to za późno. Bestia spojrzała na każdego z nich po kolei, warknęła głośno a następnie ruszyła już na czterech łapach w stronę Rebecci. Wyrwała ją z objęć Szóstego i pobiegła gdzieś przed siebie przez ciemny korytarz. Kobieta krzyknęła ze strachu na cały głos. Szósty natychmiast sięgnął po swoje miecze i razem z Rexem pobiegli za nimi. Jednak to coś było dla nich stanowczo za szybkie. Szósty wiedząc że nie dadzą rady go teraz dogonić, rzucił jednym ze swoich mieczy. Trafił w lewe ramię bestii. Po chwili obaj się zatrzymali, nie byli w stanie dalej biec. Stracili go z oczu. Wciąż nie mogli uwierzyć w to, co zobaczyli. Nie wyglądało to w ogóle jak E.V.O, które dotychczas widzieli.

-No i... co my mamy teraz robić? Szósty... zawsze wiedziałeś co trzeba zrobić w takiej sytuacji. Zawsze miałeś jakiś pomysł. -stwierdził z wielką nadzieją, że jego opiekun znajdzie rozwiązanie problemu.

-Rex, ja już niczego nie jestem pewny. Naprawdę nie wiem. -zrezygnowanym głosem. Spuścił lekko głowę.

-Ty... Ty nie wiesz?! Człowiek który za każdym razem gdy mieliśmy problem, potrafił znaleźć wyjście... Mój opiekun... W którego tak zawsze wierzyłem nie wie co trzeba robić?! -z niedowierzaniem.

-Rex, nie z każdego kłopotu jestem w stanie wybrnąć. Nie wszystko potrafię od razu rozwiązać. Spójrzmy prawdzie w oczy, jestem tylko człowiekiem, nie jestem idealny.

-Nikt nie jest. Ale Ty zawsze dawałeś radę. Gdy miałem kłopoty zawsze mogłem na Ciebie liczyć, nawet w chwilach gdy nie zasłużyłem na pomoc... gdy byłem nieposłuszny... Ty i tak zawsze mi pomagałeś. Ja wiem że znajdziesz rozwiązanie i tego problemu. Martwię się o Holy, musimy ją znaleźć i uratować!

-Nie znajdziemy nic w takich warunkach, a nawet jeżeli dalibyśmy radę, to jak masz zamiar walczyć z tą bestią? Nie jesteśmy przystosowani do życia i walki w nocy. Od razu byśmy padli. Nie damy rady!

-Nie wierzę... -odsunął się od niego kilka kroków. -Nie wierzę że to mówisz! -wykrzyknął na cały głos. -Holy jest w niebezpieczeństwie a ty się od razu poddajesz?! Żartujesz sobie?!

-Rex, kocham ją i zależy mi na niej tak samo jak Tobie. Nie mówiłem przecież że się poddaję, tylko że na razie nie możemy nic zrobić. Nie wytropisz czegoś takiego od razu... Na to potrzeba czasu. -niespokojnie.

-Ale ile!? -zniecierpliwionym do reszty głosem.

-Uspokój się! Poradzimy sobie, ale nie teraz... nie od razu. Uratujemy ją, to mogę Ci obiecać. We dwójkę nie damy sobie rady. Nawet z jednym, a ich może być tutaj jeszcze więcej. Nie wiem skąd to cholerstwo się tutaj wzięło, ale jeśli Rebecce się coś stanie, skończą się żarty. Cierpliwości.

Rex natychmiast umilkł. Musieli brać się do roboty.

* * *

      Rebeccę zabrano do podziemnej części bazy. Potwór rzucił nią w kąt, była taka poszarpana i podrapana że ledwo mogła się ruszyć. Rozglądnęła się po ciemnym pomieszczeniu, widziała tylko czerwone jak żarzące się węgle ślepia bestii. Cała trzęsła się ze strachu, poczuła również okropne zimno. Skuliła się mocno. Nie miała już nawet odwagi spojrzeć w oczy istoty która ją tak załatwiła. Zacisnęła mocno powieki. Usłyszała tylko ciche warknięcie i po chwili już cisza. Bestia gdzieś się oddaliła. Rebecca nie wiedziała nawet gdzie dokładnie jest. W Providence nic nie było widać bez światła i nawet mistrzowska znajomość całego budynku nie pomagała. Holy czuła jak po jej ciele w wielu miejscach spływa krew. Jej ubranie również zostało podarte. Była cała obolała. Leżała bezwładnie tak, jak zostawił ją tu potwór. Bała się nawet spróbować ruszyć, a tym bardziej zasnąć, mimo iż była bardzo zmęczona nie chciała teraz zasypiać. W takiej sytuacji było to niebezpieczne. Czuła że to jej ostatnie chwile życia. Żałowała, że nie może spędzić ich ze swoim ukochanym mężczyzną. Gdy tylko o tym myślała, z jej oczu zaczęły mimowolnie płynąć strumienie łez. Chciałaby być teraz w ramionach Szóstego, przy nim zawsze czuła się bezpiecznie. Mijały sekundy, minuty... godziny... i nic. Ani najcichszego dźwięku. Tylko przerażająca cisza i ciemność. Gdy otwierała tylko oczy, widziała dokładnie to samo, co wtedy, gdy miała je zamknięte. Bała się tej ciemności, ciszy... tego co się stało i stanie niedługo. Nagle usłyszała cichy szmer. W tym samym momencie otworzyła szeroko oczy. Nic nie widziała. Szukała wzrokiem czegoś podejrzanego. Ale w dalszym ciągu widziała tylko i wyłącznie ciemność. Bała się coraz bardziej, a żadna pomoc nie nadciągała. Myślała już, że Szósty i Rex zostawili ją tu na pastwę losu. Że w ogóle nie mają nawet zamiaru jej uratować. Po dłuższej chwili bezczynnego leżenia na zimnej podłodze, usłyszała groźne warknięcie. Jej całe ciało sparaliżował strach i nawet przestała przez to drżeć z zimna. Nagle znów zobaczyła przerażające, czerwone ślepia. Ale tuż za nimi około siedem kolejnych... stanowczo mniejszych, ale tak samo przerażających. Była pewna swojego końca. Strumienie łez znów zaczęły wypływać jej z oczu. Zacisnęła mocno powieki i skuliła się jeszcze bardziej. Poczuła przy swojej twarzy ciepły, śmierdzący oddech wydobywający się z pyska bestii. Gdy się od niej odsunęła, Rebecca znów otworzyła lekko oczy. Z ledwością zobaczyła tę samą istotę która ją tu porwała, a tuż za nią kilka mniejszych osobników. Holy domyśliła się, że to młode potwora. A teraz miała zostać dla tych maluchów pyszną kolacją. Większy osobnik wycofał się i dał młodym wolną drogę do Rebecci. Sam usiadł jak zwyczajny pies z tyłu i zaczął pyskiem oraz prawą łapą męczyć się z mieczem Szóstego wciąż wbitym w lewe ramię. Młode powoli i dość niepewnie podchodziły. Z pysków kapała im ślina. Szczerzyły swoje czyste, śnieżnobiałe kły. Widocznie jeszcze nic nie jadły, co mogło oznaczać, że urodziły się niedawno. Nagle jeden z maluchów skoczył na Rebeccę, wczepiając swoje ostre kły w jej ramię. W połowie budynku można było usłyszeć jej krzyk.

      Notka pisana specjalnie dla Neramide, każde zdanie, każde słowo pisałam z myślą o niej. Tutaj nie będę się za bardzo rozgadywała. Chciałam powiedzieć jeszcze tylko że przez jakiś czas rozdziały mogą nie pojawić sięw ogóle, ponieważ muszę ciężko harować przy projekcie, nad którym ślęczę już bardzo długo. Pozdrawiam wszystkich. Buziaczkiii ;*.